Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ldz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ldz. Pokaż wszystkie posty

Prawo do Leczenia

Macie prawo do leczenia - dotarło do mnie z ust (a raczej klawiatury) znajomego z pracy. Leczenia homoseksualizmu w domyśle. A było to przecież hasło 'demonstracji' NOPu w trakcie Marszu Równości. Prawo do leczenia ...

Merytorycznie wygląda to tak - żeby coś leczyć, musi to być chorobą, a homoseksualizm chorobą nie jest i według lekarzy i według psychologów. Chorobą natomiast całkiem oficjalnie jest homofobia i tą jak najbardziej można, a nawet należy leczyć. No i oczywiście nikt homofobom prawa do leczenia nie odmawia.

W praktyce sprawa wygląda inaczej, bo tego typu hasła, czy w ogóle demonstracje nazistów/nacjonalistów nie homofobią są podszyte a zwykłą głupotą. Oto nagle wszyscy stali się specjalistami w dziedzinie homoseksualizmu - wiedzą że leczyć, a pewnie i czym leczyć i dziw, że im państwo jeszcze nie pozwoliło wypisywać recept. Dziw, że w aptekach nie ma kul kaliber .45. I gdybym chciał, żeby ktoś naprawił mój komputer, to wolał bym, by się on na tym znał, no ale wiadomo - komputer to nie człowiek.

I skąd się teraz biorą debile, co myślą, że z newsami zasłyszanymi na podwórku i własnym 'widzi mi się' stali się nagle choć trochę mądrzejsi?
No ale wiadomo jak to jest z nauką - pewnie wymyślili ją żydzi, żeby sterować światem - lepiej nie ruszać, bo wybuchnie.

Tyle, że głupota też jest uleczalna - przez edukację. A tej nikomu bronić nie zamierzam.

Także tak panowie - macie prawo do leczenia.

Konfrontacja

W bezkresnych przestrzeniach internetu znalazłem portal, w którym ludzie mogą napisać co ich wkurza. No więc wkurza mnie, że ludzie nic tylko marudzą.

Za mną warsztat rozwojowy w KPH, który uzmysłowił mi kilka fajnych rzeczy. Na przykład to, że potrzebujemy kolejnego warsztatu.

Przechodząc wreszcie do clue - nie był to jednak najfajniejszy okres dla mnie. Plotka o tym, że jestem gejem roznosi się po zakładzie szybciej, niż choroby weneryczne na łodziach podwodnych. To co jednak do tej pory było wyłącznie niedocierającą do mnie plotką zaczyna być coraz bardziej słyszalne. Są tacy, co żartem proponują wyparzanie rąk przed przywitaniem. Niektórzy w ogóle zrezygnowali od zwykłego podawania ręki, na rzecz 'żółwika'. Spora grupa choć rękę podaje, to z wahaniem. Jedna osoba w ogóle ręki mi już podawać nie zamierza. Wszędzie żarty i uśmiechy. I choć to wkurzające, to da się przeżyć. Od czasu do czasu pojawia się w tłumie i życzliwy głos, i dla tego jednego głosu warto się przemęczyć. Tyle, że to jeszcze nie wszystko.
W zamierzchłej przeszłości, zanim ... "shit hit the fan" było by dobrą przenośnią gdyby nie konotacja, powiedzmy zatem ... nim nastała prawda, była jedna w zakładzie osoba, z którą gadało się co najmniej dobrze. Ja w zasadzie dość rzadko takie osoby znajduję, zwłaszcza w pracy, tym bardziej mnie to cieszyło. A że gadało nam się dobrze może potwierdzić wierszyk na ten temat dla żartu skołowany na poczekaniu przez koleżankę B. Nie przytoczę go oczywiście bo pamięć mam jak budżet RP, ale sam fakt, że wierszyk zaistniał musi za wizualizacje starczyć. No i jak się łatwo domyślić już nam się tak dobrze nie gada. W zasadzie nie gada nam się w ogóle, bo kolega ów ogranicza się li tylko do tematów z pracą związanych. I chciał czy nie, trochę to boli.
Sprawa zasadniczo wygląda tak, że nigdy raczej swojej orientacji nie ukrywałem. Tzn nigdy od kiedy ją ujawniłem. Nieistotne, związki przyczynowo-skutkowe i powiązaną z nimi frazeologię zostawmy ludziom z wyższym wykształceniem. Powiedzmy po prostu, że nie ukrywam jej dość czas już długi. Ot po prostu nie gadałem w pracy o mym życiu prywatnym. Świadom byłem, że prędzej czy później info wejdzie w obieg, go zrobić to mogło na sto różnych sposobów. No i weszło. Nim jednak to zrobiło byłem świadom, że konsekwencje mogą być dość przykre. Ba, byłem gotowy na sytuacje o wiele gorsze od obecnej. Jak byś jednak tego nie zaplanował, jeśli ludzie, których zdążyłeś polubić się od ciebie odwracają ... nie jest to miłe uczucie.

Na swój gorzkawy lekko sposób ciekawym jest stwierdzenie, że ja się przecież nie zmieniłem. Moja orientacje nie jest w końcu niczym, co moich współpracowników obchodzić powinno, nie jest w końcu niczym, co jakkolwiek ich dotyczy. Nie śpię z nimi i nie podrywam, w żadnym się nie zakochałem, prawie żadnego nie uważam nawet za jakkolwiek 'w moim typie'. Za tyłek też nikogo nie łapię. Roboty nie partolę rozmyślając o gorących orgietkach w magazynie a zgłaszając awarię nie mówię do mechanika per 'kotku'. Więc co to kurwa dla nich za różnica czy gejem jestem, czy gejem nie?
No ale ludzie przestali mi się wydawać racjonalni dobrą dekadę temu, więc pozwolę sobie zostawić powyższe pytanie retorycznym.

Pora na spostrzeżenie - wielu psychologów uważa, że geje stanowią 10 procent męskiej populacji. "Fachowcy" katoliccy, czy ci skoligaceni z ruchami mocno prawicowymi i nacjonalistycznymi, oraz inni tego typu tematu "znawcy" obstawiają liczbę procent 2. Czemu więc wbrew wszelkim możliwym statystykom jestem jedynym gejem na zakładzie? Można oczywiście sugerować, że mam po prostu pecha trafiać wiecznie na mało popularne punkty krzywej Gaussa, ale myślę, że prawdziwa odpowiedź KRYJE SIĘ gdzie indziej.

Na poprawienie nastroju jednak bardzo optymistyczna piosenka zadedykowana ponoć samemu Georgowi W. Bushowi.
Lily Allen - Guess Who Batman

Z Życia 02.

Tak, wiem, dawno mnie nie było i w ogóle. Mogę powiedzieć, że to był naprawdę szalony koniec roku i początek kolejnego też nie jest wolny od wrażeń. Może zatem tak w telegraficznym skrócie.
Kolejny raz udało się zorganizować sylwestra. I tak dla odmiany nie powtarzam sobie w duchu "nigdy więcej". Co o tyle dziwne, że w poprzednich latach mimo wielu wrażeń (a może dzięki nim?) imprezy wychodziły ciut lepiej. No ale mniejsza o tym, w każdym razie się udało i muszę powiedzieć, że dochodzę z tym powoli do perfekcji.
Kolejna organizowana przeze mnie impreza to Tęczowy Klub Filmowy, który rusza już 12 stycznia. No ale o tym na dniach wrzucę osobny wątek. Czy się uda nie wiem, ale trzymajmy kciuki.

No ale do meritum ...

Moja epopeja coming outów zdaje się powiększać właśnie o kolejny (i to chyba najgrubszy) rozdział. Wrażeń w związku z tym mi nie brakuje. Tak w skrócie o genezie - wygląda, że ktoś z pracy znalazł mój profil na Facebooku.
Tutaj krótka pauza dla podkreślenia znaczenia chwili, oraz ot w ramach małego suspensu, a co.
No i plota poszła w świat. Pewnego dnia dla przykładu pokazano mi (tego właśnie oto) bloga mojego autorstwa z zapytaniem, czy mój ci on. Jakby zdjęcie na stronie głównej nie wystarczyło. No ale wygląda, że w tym przypadku mogę liczyć na pełny support, żeby nie mówić, że utrzymanie ruchu. Póki co jednak wygląda, że dam sobie radę. Że plotkują to ja wiem, swoje źródła mam, i uszy jak satelity też. No ale plotki to mi tam wiecie, bo o to chodzi aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa. To natomiast co mi się manifestuje, to już inny temat. Wczorajszy dzień pracy zaczął się od "jesteś gejem?" wypowiedzianym przez ludzi z poprzedniej zmiany. To już były armaty i pierwsze rzeczywiste użycie na głos słowa na "g". Nie będę się rozwodził, bo to nigdy nie wiesz kto to czyta, ale jak na mój gust nie było źle. No ale to pewnie dopiero początek, zobaczymy co będzie dalej. A ja? A ja nic, poczekam, popatrzę, że przytoczę, nie mój problem, że tak powiem. A jak ktoś zapyta odpowiem, a jak nie, to nie. Sprawa jest w każdym razie in progres, i jakby co, będę informował.

Reni Jusis - Nic O Mnie Nie Wiecie

Gay Community

Ilekroć zacząłem się zastanawiać czego właściwie brakuje naszemu ruchowi LGBTQ pierwszą odpowiedzią zawsze było „ludzi”. Wcale nie mówię tu zresztą o samych aktywistach, ale o zwykłych ludziach, którzy pomagają przy organizowaniu wszelkich akcji, czy tych, do których te akcje są adresowane. Krótko mówiąc naszemu ruchowi brakuje ruchu w ogóle. Wszelkie wydarzenia okupowane są prawie wyłącznie przez ciągle tę samą grupkę ludzi. Głównie przez samych organizatorów.
Prawdą jest, że Polska jak wszystkie kraje byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz krajów mu podległych cierpi na notoryczny tumiwisizm społeczny i choćby nagminnie prawa obywatelskie łamano nikt dupy sprzed telewizora nie ruszy by coś z tym zrobić. Ale czy aby na pewno jest to jedyny powód braku ruchu? Bo czym właściwie taki ruch jest? Wszystko zaczyna się (tak mi się zdaje) od społeczności. Czy my jesteśmy zatem społecznością? Łączą nas idee, abstrakt orientacji seksualnej, wspólne doświadczenia czy kluby, w których się bawimy. Nie łączą nas natomiast zwykłe więzy międzyludzkie. Nie znamy się nawzajem, i poznać nie mamy okazji. Pozostajemy jednostkami, tworząc co najwyżej małe grupki przyjaciół i znajomych. I jak tu mówić o społeczności?
Dla przykładu można spojrzeć na gejowski ruch w Ameryce. Tam żadna gala, rozdanie nagród, marsz czy protest, żadne przemówienie nie może się obyć bez słowa „community”. Bo to albo społeczność wręcza nagrodę, albo ktoś na rzecz tej społeczności poświęcił całe swoje życie. Nietolerancja dotykająca małe społeczności, społeczność mająca dość nierównych praw i niekonstytucyjnego działania. Społeczność przeciwko narodowi i społeczność na narodu czele. A u nas można liczyć co najwyżej na jakieś zrzeszenie. Kolektyw je*any.
Pytanie zatem jak taką społeczność zbudować, i ja na to pytanie odpowiedzi nie znam. Mogę jedynie zgadywać. Gdyby tak zacząć grupować ludzi wokół czegoś, niekoniecznie wokół walki o prawa, niekoniecznie wokół darkroomów i miejskich szaletów. Dać ludziom szansę poznania się bez konieczności przekrzykiwania się przez głośną muzykę ...
Obecny ruch gejowski (w sensie że i lesbijski, transowy i queerowy też) w Polsce poświęca się prawie wyłącznie walce i jednoczy wyłącznie ludzi tym właśnie zainteresowanych. A przecież nie każdy jest aktywistą w głębi duszy.
Moją propozycją zatem są 'kółka zainteresowań' – drużyny sportowe, kluby filmowe, grupy szachowe czy szkoły tańca. By nie musiała nas łączyć wyłącznie sama orientacja, ale ot, grupa znajomych wolna od homofobii na przykład, czy po prostu miejsce, gdzie rzeczywiście można być sobą. Ponieważ wszystko zaczyna się od ludzi, a o tych trudno gdy zamiast jednego ruchu mamy ruch jednostek.

Coming Out

Najważniejszym coming outem jest ponoć ten przed samym sobą. Powiedzieć sobie "jestem gejem" i żyć dalej. Osobiście nie widzę w tym żadnego wielkiego i trudnego kroku, na który trzeba ciężko pracować. Pewnego wieczora miałem już po prostu dość przepłakanych nocy i wilgotnej od łez poduszki. "Jesteś pedałem, pogódź się z tym wreszcie" pomyślałem do siebie, po czym tej rady posłuchałem. I to było na tyle, bo więcej ujawnień nie planowałem.
Moim najlepszym przyjacielem wtedy był pewien rozpuszczony jedynak z bogatych rodziców. No może nie dosłownie, ale taka charakterystyka dobrze oddaje stan jego umysłu. I dość często mnie on odwiedzał i było tak i tego dnia. Pamiętnego dnia. No może nie aż tak pamiętnego, bo daty nie pamiętam. I kiedy ja zajmowałem się swoimi sprawami, on akurat grzebał coś na moim kompie, po internecie się szlajał czy coś. I nagle ze strony komputera dobiegł mnie dźwięk ewidentnie filmu pornograficznego ... gejowskiego ... mojego. Grzebał mi dziad w komputerowym śmietniku, a że ostatnio porządkowałem zbiory było tam co znaleźć. I on znalazł. W ułamek sekundy zrobiło mi się gorąco i zimno na raz. Nie wiedziałem co powiedzieć, co zrobić, "wyłącz to" krzyczałem, po każda sekunda filmu była jak kolejny kilometr przepaści, w którą spadałem. No a on oczywiście nie wyłączał, tylko sprawdzał co rusz to kolejne pliki. Nastała konsternacja. "To nie moje" powiedziałem, "pewnie przez przypadek, albo brata ... tak, na pewno brata". I to mnie uratowało, bo wyrzuty sumienia po wrobieniu własnego brata następnego dnia doprowadziły do jednego z odważniejszych aktów mego krótkiego życia. "Te filmy były moje, jestem gejem" ... no dobra, nie powiedziałem że jestem gejem, przyznałem się tylko do własności tych filmów. Pierwsze "jestem gejem" powiedziałem dopiero kilka coming outów później. Nie potrafiłem, bałem się, wolałem stanąć na szczycie wzgórza i sprowokować kogoś do pchnięcia mnie z niego, niż stanąć na skraju klifu i samemu skoczyć. Tak było łatwiej. "Wiesz co oznacza ta flaga?", "tak, to moje, gdzie to znalazłeś?", "słyszałaś, że ponoć sąsiad jest gejem? No więc nie on jedyny". Zdania po których to rozmówca pytał "jesteś gejem?", więc ja tego mówić nie musiałem. I tamtego dnia tak właśnie zrobiłem. Niezaprzeczalny był jednak fakt, że oto ktoś poznał moją najciemniejszą z tajemnic. O dziwo prawie nic się w naszych relacjach nie zmieniło. Oczywiście musiałem wpierw poświęcić masę czasu wyjaśnieniom, że "to nie tak jak myślisz", i że geje są inni. I ja jestem inny. Czy on to rzeczywiście zrozumiał nie wiem, a nawet wątpię, ale tego nie okazywał i to mi wystarczyło. No i ośmieliłem się i ujawniałem się przed innymi. Nadal jednak miałem twarde postanowienie nie mówić nic rodzicom. Trochę ze strachu, trochę z miłości, trochę dla tego, że tak było po prostu wygodniej, rozkręcałem powoli swoje gejowskie życie bez ich wiedzy. Powiedzmy. Z czasem zaczęło do mnie docierać, że muszę im powiedzieć, że nie mogę ukrywać przed nimi tak ważnego fragmentu swojego życia. I gdy się zakocham móc przedstawić im swojego chłopaka. I prawdę mówiąc wiedziałem, że raczej nic złego z ich strony mnie nie czeka. Profilaktycznie jednak ojca postanowiłem zostawić sobie na chwilę, gdy będę mógł w razie czego beztrosko się wyprowadzić. Mamie jednak musiałem powiedzieć. No i nie mówiłem. Dobry rok czekałem na odpowiednią okazję, zbierałem się w sobie i ćwiczyłem. W końcu to jednak zrobiłem. I był to najcięższy coming out jakiego dokonałem. Pierwszy raz rzeczywiście ryzykowałem stratą kogoś, pierwszy raz pojawiły się łzy. "Skąd ty możesz wiedzieć?", "może nie spotkałeś jeszcze odpowiedniej dziewczyny?", tak, to wszystko pojawiło się również. W końcu jednak zaczęła mama przyjmować to do siebie, a zajęło jej to dobry miesiąc albo i dwa. I dziś tylko wypytuje, kiedy w końcu znajdę sobie jakiegoś fajnego chłopaka. No a z ojcem mi się upiekło. Pewnego dnia po prostu przyznał się że wie, i to wie od dawna. I choć nie był zachwycony, a kilka jego doświadczeń życiowych sprawiło że był też uprzedzony, miał jednak sporo czasu by się z tym zmierzyć. A i możliwości też, bo ot na przykład brał on udział w Żywej Bibliotece jako 'książka' a tam skorzystał z okazji porozmawiania z naszymi KPH-owcami. I tak szczęśliwie skończyła się historia mojego outowania.
Kiedyś planowałem out totalny, po którym zamiast się outować po prostu żył bym swoim życiem i przed nikim się po prostu nie ukrywał. To będzie jednak musiało jeszcze trochę poczekać. Tymczasem zmieniłem ostatnio trochę swoje środowisko i chyba znów będzie trzeba się outować. Bez Endu.
A gdyby ktoś zapytał "po co to wszystko?" prawdopodobnie nie potrafił bym w pełni odpowiedzieć. Zwłaszcza, że żadne słowa tego tak na prawdę nie oddadzą. Mogę ci jednak powiedzieć na przykład, że żyjąc w ukryciu budujesz wokół siebie mur i odgradzasz się nim od wszystkich dookoła. I nawet twoja rodzina zaczyna się powoli od ciebie oddalać, tracisz kontakt i nie masz jak go odzyskać. I najlepszym pomysłem jest ten mur zburzyć. Ja dzięki temu mogę żyć jak chcę, wśród ludzi którzy mnie lubią i rozumieją, wśród ludzi, przed którymi nie muszę udawać. I nie ma tej presji, i pytań czy nadal by mnie lubili gdyby się dowiedzieli.
I wreszcie mogę być sobą.

David Engel - I am What I am (La Cage aux Folles)

Festiwal Równych Praw 02. Debata, Film

Odbyła się również w ramach Festiwalu debata o metodach wprowadzania związków partnerskich w Holandii i Czechach. Zaproszono na tą okazję Holendra i Czeszkę, plus dla kontrastu reprezentację Grupy Inicjatywnej do Spraw Związków Partnerskich - znaczy naszych. Holender mówił treściwie, krótko i przejrzyście, dodając kilka interesujących wniosków (ale to później). Czeszka natomiast była jak Wikipedia. Znaczy bogata w fakty, które nikogo nie obchodzą. Potrafiła za to zażartować czasem, więc rozgrzeszam. Tomek Szypuła za to mówił fajnie, może nazbyt szczegółowo, ale po Jessice (znaczy owej Czeszce) nawet Tolkiena czytało by się lekko i przyjemnie. Słowem debatę rozliczam na plus, ciekawa do zobaczenia i być może usłyszenia kilku ciekawych faktów, mitów i rzeczy w ogóle.
No ale wnioski.
W debacie strasznie często pojawiało się słowo "lewica" to jednak uważam za fragment stronniczy i we wnioskach pominę. Stephen Geitenbeek omawiając techniki wprowadzania związków partnerskich w Holandii powiedział, że potrzebować będziemy pieniędzy, na wszystkie sprawy, gdy już zaczniemy pozwać wszystkich na prawo i lewo i dochodzić swoich praw. Nie specjalnie mi się to spodobało, bo wolał bym załatwić to mniej "po trupach", ale coś w tym jest, bo chyba powoli najwyższy czas przestać milczeć gdy wyzywają nas od pedałów i zacząć walczyć. Ciemno widzę zbiórkę pieniędzy w naszym środowisku LGBTIA, ale bądźmy dobrej myśli.
Drugą natomiast istotną radą Niderlandzkiego aktywisty była wskazówka, by wykorzystywać media. Znaczy nie dać się łapać na nieścisłościach, poznać ewentualne argumenty i nauczyć się je obalać. I trzeba przyznać, że była to nasza bardzo słaba strona. I gdy Pan Niemiec (tytuły kościelne mam tam, gdzie sam koncept Boga, więc żeby zachować poziom nie będę ich wyciągał) żalił się na ataki na niego a Pan Biedroń obrażał na swoich oponentów miło zaskoczyła mnie Pani Abramowicz, gdy podczas EuroPride wytłumaczyła mi wreszcie za pośrednikiem środków masowego przekazu skąd ta duma gejowska. A był to zawsze jeden z niewielu argumentów, które kładły mnie na łopatki zaskakując bez żadnej dobrej i ciętej riposty w zanadrzu, na szybkie obalenie argumentów. Krótko mówiąc wydaje mi się, że jesteśmy na coraz lepszej drodze.


Po debacie odbyła się projekcja filmu dokumentalnego "Suddenly Last Winter" z którego wynikało że bez względu na geograficzne położenie w temacie związków Włosi mają chyba jednak bardziej przesrane niż my. No ale co się dziwić - gdyby Włochy północne porównać do jednego pośladka, zaś Włochy północne do pośladka drugiego, to gdzieś między nimi znaleźć można ... pół kilometra kwadratowego Watykanu.
Film natomiast był w porządku i nawet zabawny momentami. Drobne zastrzeżenia do napisów, ale to zrozumiałe gdy coraz mniej ludzi zna ten barbarzyński język. Z resztą każdy wie, że tamtejsi ludzie są ciemniejsi od nas. A z innych ksenofobicznych dowcipów - kolejny Niemiec do spółki z Włochami stara się szerzyć jedyną słuszną ideologię.


Tymczasem spostrzeżenie - czemu na paradach to nie my krzyczymy "kto nie skacze jest pedałem"? Serio. Chciałbym zobaczyć jak się narole we własnej sieci szamoczą próbując skakać na naszą komendę zmuszani własną homofobią.

A na koniec kolejne wynalezione zdjęcie Miszki z daleka i to (z)bokiem.

Festiwal Równych Praw 01. Parada

Za nami drugi dzień Festiwalu Równych Praw - dla mnie pierwszy, bo praca, praca, praca. Z resztą pierwszy dzień kręcił się wkoło sportu, a ja o sporcie wiem tylko tyle, że ...



Dzisiaj odbyła się część kluczowa - Parada. To już druga we Wrocławiu, choć tym razem przygarnięta przez inny event. Festiwal Lesbijki Geje i Przyjaciele odbędzie się swoją drogą, ino później. Ale może napisze coś o paradzie.
Parada była ogólnie super, ludzi więcej, mniej zahukanych, i nawet bębny grały jakoś raźniej. Szpaler policji znów ilością podwajał liczbę demonstrantów, ale i tak było nas całkiem sporo. Od czasu do czasu spotykaliśmy na trasie małe grupki 'naroli' sprzeciwiające się zoofobii ... cóż, nie mam zamiaru odbierać im prawa do walki o swoje ... aczkolwiek nazwijmy zboczenie zboczeniem i zamknijmy w zakładzie zamkniętym.
Trasa Marszu budzi we mnie odczucia ambiwalentne, bo choć dłuższa niż zeszłoroczna, to jakaś taka tyłami cichcem. Ot dla przykładu odcinek ulicą Kazimierza Wielkiego (po staremu "W-Z") - z komunikacyjnego punktu widzenia ulica pewnie dość ważna, ale dookoła niej chyba żadnego zamieszkanego domu, ani rzeczywiście wychodzonego chodnika. Podobnie ul. Widok. Poza tym trasa zaczęła się pod pręgierzem - zeszłoroczna trasa zaczęła się od Szermierza (fontanny przy Uniwersytecie Wrocławskim) i to miało sens, bo jest li przecież Szermierz wpisany w gejowską historię Wrocławia, a pręgierz już mniej. Słowem trasa zeszłoroczna była moim zdaniem lepsza, odrobinę tylko za krótka.
Baner 'czołowy' oczywiście przyjechał z Warszawy po EuroPride z dołączonym gratis Abiektem. Będzie mi się taka woziła Warszawska bladź jedna, konkurencję robiła.
Oficjalne i z całego serca dziękuję bębniarzom z Krakowa goszczących u nas po raz drugi, za entuzjazm, moc, i wszystko w ogóle. No i niech im już będzie policji też.
Zwłaszcza że poleciało i kilka jaj ... także mogę powiedzieć że jaja były.

A jeśli ktoś zapyta - a jakiś dowód że byłeś masz? Cóż, zdjęć nie robiłem, bo wolę jednak przeżywać niż tracić chwilę na uwiecznianie. Ale na Homikach znalazłem dowód na moją tam bytność ...



... kto wypatrzy Miszę?

Po Paradzie miał miejsce panel o strategiach wprowadzania związków partnerskich w Holandii i Czechach, a później Włoski film dokumentalny, ale o tym napiszę już jutro, bo i jutro kilka atrakcji mam nadzieje mnie czeka.

Kilka słów o muzyce

Każdy kto mnie zna na tyle, by poznać moje upodobania muzyczne wie, że dziwne są to upodobania. Nawet jak na geja moja muzyka to przegięcie (że pozwolę sobie na subtelną grę słów). I lepiej nie będę się o tym rozpisywał. Jak kogoś to ciekawi tak, że spać po nocach nie może, to proszę - link do mojego profilu na Last.fm -->da lynk<-- a ja tymczasem wrócę do meritum. Od wieków już kilku, albo przynajmniej od lat moim No1 w muzyce jest piosenka Louisa Armstronga - What a Wonderful World. I możesz powiedzieć że w zasadzie to kicz, chała i ogólnie nic ciekawego, a ja się i tak nie zgodzę. Bo przecież czyż nie jest to właśnie największe odkrycie, którego powinniśmy dokonywać? Że w gruncie rzeczy jest ten świat nadzwyczaj piękny. I tyle. I to robi ten kawałek, bez zbędnych peanów, pytań czy dyskusji, czysty zachwyt.

Louis Armstrong - What a Wonderful World


Może to trochę niefortunne wykonanie, ale przynajmniej już wiem skąd George Lucas wziął pomysł na Yodę.
Niedawno natomiast pojawił się tej piosence konkurent. Dobry konkurent, również leciwy już, ale przeze mnie dopiero co poznany. I choć ostatecznie pierwsze miejsce pozostawiam niezmienione, to podkreślę, że te dwa kawałki to jak antena na szczycie Burdż Dubaj (właść. Burdż Chalifa) a wszystkie pozostałe to jak pierwsze piętro, a czasem i piwnica. Rzeczony utwór to Simple Song of Freedom w wykonaniu Bobbiego Darina. Słowem wstępu - Bobby Darin swoją karierę zaczął od kawałka napisanego w pięć minut i nie mówiącego absolutnie nic istotnego. Był to oczywiście Splish Splash, który jakiś czas temu zaliczał drugą karierę w reklamach Geriavitu. Później jednak piosenki Darina stały się mniej bezrefleksyjne i oprócz kilku standardów mamy na liście choćby takie perełki jak muzyczna wersja Dziewczynki z Zapałkami - Artificial Flowers. W końcu jednak biedakowi odwaliło i postanowił stać się jeszcze bardziej istotny. I tu właśnie pojawia się Simple Song of Freedom. Piosenka została darowana w prezencie Timowi Hardinowi, jednak natknąć się można i na wykonania Darina, i to dopiero właśnie to wykonanie uważam za rzeczywiście znaczące i piękne. I niech się Bob Dylan schowa, niech po niego wpadnie facet z tamburynkiem, niech go wiatr zmiecie z powierzchni ziemi, bo z wszystkich protest songów ... cóż, po odsłuchaniu tego, sama/sam pewnie uznasz, że innych po prostu nie ma.

I tu normalnie bym wkleił okienko YouTuba, ale piszę to wszystko z jakiegoś powodu, więc potrzymam jeszcze chwilę w napięciu.
Obejrzałem oto dziś Mam Talent i tam natknąłem się na jednego typa - Piotra Lisieckiego (daruje sobie linki do programu) i teraz mam głupią jazdę, że chętnie bym usłyszał jego wykonanie tej piosenki. Mam nadzieje że mi przejdzie, bo się to pewnie nie stanie. Tymczasem jednak oryginał.

Bobby Darin - Simple Song Of Freedom

Wolontariat KPH

Za mną pierwsze spotkanie w sprawie wolontariatu w Kampanii Przeciw Homofobii. Czy coś z tego wyjdzie nie wiem, bo praca uniemożliwia mi zbyt luźną gospodarkę czasem, ale chyba warto spróbować. Chyba warto? W zasadzie myślałem o tym już od lat, tylko zawsze brakowało odwagi. Tym razem z resztą też, ale pomógł współudział Łukasza (za co mu serdecznie dziękuję). Na spotkaniu nie działo się praktycznie nic i nie jestem pewien co one w zasadzie mają na celu - a trzeba uczestniczyć w trzech przed właściwymi działaniami. Udało mi się za to zebrać kilka informacji co do planów Wrocławskiego KPH na nadchodzący rok akademicki (bo i żyjąc w takim mieście jak Wrocław trzeba liczyć się z tym, że czasami rok zaczyna się w październiku). A jakie te plany są?
- Debaty Oksfordzkie - pomysł został sprawdzony już wcześniej a i udało mi się kilka razy zobaczyć jak te debaty funkcjonują. Sam fakt, że były one Oksfordzkie przekonał mnie do wizyty i prawie że uczestnictwa, ale faktem jest, że uczestnicy rzadko byli biegli w erystyce, tak potrzebnej w tego typu debatach. Zatem pomysł powrotu do debat, tym jednak razem nie oksfordzkich uważam za warty sprawdzenia.
- Tęczowy Klub Filmowy - być nigdy nie byłem, ale zawsze bardzo chciałem. Jakoś się nie złożyło. Jednak osobiście uważam, że to chyba najciekawsza z wszystkich cyklicznych imprez KPH. Tym smutniej było słyszeć że stoi on pod znakiem zapytania. A to za sprawą problemów personalnych jak i lokalowych. Nie będę ukrywał, że po cichu już zaczynam rozważać opcję podjęcia tematu, bo i dobór tytułów dotychczas był lekko nietrafny, a i może to być całkiem nice things to do jak dla mnie. O ile oczywiście ... zobaczymy co pokaże przyszłość.
- Imprezy Kobiece - te nie są zagrożone niczym, bo i KPH jest jakby (na pierwszy rzut oka) mocno sfeminizowane. Ale to mnie nie specjalnie obchodzi. Tymczasem mam nadzieję na parytety i ciekaw jestem czy i jak może to wpłynąć na kalendarz imprez.
- Festiwal Równych Praw - a to już w tym miesiącu. I tym razem to ten festiwal będzie gościć Wrocławską Paradę (już drugą) gdy tymczasem pierwotny organizator - festiwal "Lesbijki, Geje i Przyjaciele" ma zamiar się zakademizować. Cały festiwal ma zająć 3 dni i zawierać kilka całkiem ciekawych atrakcji, w tym rzeczoną paradę. Program w razie czego oczywiście na sajcie wydarzenia.

Nadal główną bolączką KPH jest nieumiejętność komunikacji z szerokim światem, więc próżno szukać informacji na ich stronie jeśli nie masz akurat pod ręką co najmniej kwadransa wolnego czasu. Informacje zawarte na stronie festiwalu pokazują również że i komunikacja w zakresie KPH bywa ograniczona, bo nie znajdziemy tam n.p. informacji gdzie właściwie odbywa się fizycznie Otwarty Dzień Sportu (a to już za tydzień przecież) ale do tej komunikacyjnej bolączki KPH nas już przyzwyczaiło. Mam jednak cichą nadzieję, że tym razem zamiast tylko wiecznie narzekać - uda mi się coś ... spróbować zrobić.


Tymczasem na dobry dzień feministyczny anthem

Eurythmics & Aretha Franklin - Sisters Are Doin' It For Themselves

HeteroNorma

Kolejne trudne słowo gejowskiej propagandy i homoseksualnej retoryki. Co to znowu takiego? Co oni znowu wymyślili? I po jaką cholerę w ogóle o tym mówić?
Tak sobie tylko podpuszczam na dobry początek.

Nie jestem pewien czy po kilku miesiącach nadal można nazywać pracę "nową", ale dla mnie taka poniekąd jest, bo ciągle jeszcze odkrywam nowe rzeczy. Wczoraj na przykład okryłem jak ludzie reagują na agnostyka w swoim otoczeniu. No dobra, może
przyrównywanie Jana Pawła II do Kaszpirowskiego było mocno niedelikatne, no ale cóż, w dyskusjach zbyt delikatny nie bywam. Zresztą dobrze jej tak - chciała mnie podejść tym protekcjonalnym tonem w stylu "a co ty możesz o życiu wiedzieć".
No ale dobra, bo temat ... tego samego dnia za sprawą jakiejś nieścisłości w krążących plotkach dowiedziałem się że w najbliższym czasie się żenię. To w każdym razie okazało się dobrym pretekstem do rozmów o małżeństwie, dzieciach i innych tego typu. A przypomnę, że w robocie pierwszego dnia dostałem szafkę, do której się przed pracą dokładnie pakuję*. Dowiedziałem się na przykład że mój współpracownik ma dwójkę dzieci, choć jest w moim wieku. Hmm, chyba powinienem częściej z ludźmi rozmawiać zamiast się snobistycznie zamyślać. Zapytano jednak i mnie kiedy się żenię, czy planuję dzieci i w ogóle tego typu rzeczy wymagające całego mnóstwa nieścisłości by odpowiedzi pozostawały wiarygodne i szczere zarazem bez odkrywania pewnych aspektów mojego życia ... (N.p. tego że jestem GEJEM).
I nikt ani przez chwilę nie pomyślał by zapytać czy planuję kiedyś wyjść za mąż, dla przykładu. Nikt nigdy nie pytał czy mam chłopaka, ale czy mam dziewczynę to i owszem. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał, że może jednak ...
Raport Kinseya mówi, że geje stanowią 10% męskiej populacji, inne, wiarygodniejsze raporty mówią o 5%, Paul Cameron o 2%. I gdybyśmy nawet rozważali ostatnią opcję, to jest to do cholery jeden mężczyzna, na ich pięćdziesięciu - to nie jest jakaś szalona mniejszość, tylko normalna część naszego zwykłego życia. 2% To przynajmniej jedna osoba w pracy, 20% to kolega ze szkoły średniej, 10% to najlepszy kumpel od lat. A mimo to ludzie zapytają wyłącznie o to, czy masz dziewczynę. I to jest właśnie owa heteronorma.
I to wcale nie takie wąskie zjawisko. W podobny sposób nikt nie zauważa, że możesz wierzyć w innego boga. W podobny sposób nikt nie zapyta niepełnosprawnego o jego życie seksualne. W podobny sposób nikt nie zastanawia się nad tym, że ludzie starsi ... że ludzie starsi robią czy robili kiedykolwiek cokolwiek innego poza gadaniem o bogu, chorobach i ciągłym zapominaniu wszystkiego. A już nie daj Alanie Turingu robili coś szalonego. A przecież robili.
Jakiś miesiąc czy dwa temu natknąłem się na gejowskim portalu randkowym na profil typa po 70, mieszkającego w mniejszym miasteczku i szukającego chłopaka, który (co podkreślił) nie jest smutasem. A przecież mogłeś dopiero minąć tego dziadka na ulicy myśląc jedynie że z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo.
Heteronorma to zjawisko dotyczące nie tylko homoseksualizmu, i tylko ciekawi mnie skąd to się bierze? Przecież żaden z nas tak na prawdę nie mieści się w średniej statystycznej - każdy w jakimś punkcie swojego życia wybiega daleko poza ogólnie przyjętą normę. A mimo to nie dostrzegamy możliwości, że robią to i inni.

Co zaś do Jana Pawła II - kilka wieków temu Jan Kochanowski napisał:
Świętym Cię zwać nie mogę; Ojcem się nie wstydzę,
kiedy, wielki kapłanie syny Twoje widzę.

I choć nie imputuję jakoby JP II utrzymywał z kimkolwiek kontakty seksualne, do świętości mu nadal daleko.

Cytat dnia:
Masturbacja ma się tak do seksu jak filozofia do rzeczywistości.
Karol Marks (i gdyby to chociaż kto inny powiedział)


* Ot kolejny żart o szafie

Drag Queen

Wreszcie udało mi się zobaczyć występ Drag Queen. Wszystko odbyło się w klubie Lemoniada, który jest w zasadzie heterycką knajpą, ale na prawdę trudno mi sobie wyobrazić heteryków bawiących się w tych zbyt na nich stylowych pomieszczeniach. Jedyny ślad heteronatury lokalu to scena porno narysowana na ścianie toalety.
Był to jakiś gay wtorek z karaoke czy jakaś inna cykliczna imprezka, i muszę stwierdzić, ze na puszczanej tam muzyce się nie zawiodłem. Same gejowskie klasyki.



Nastał wreszcie występ drag queen Camili ...
Nie miałem okazji zobaczyć zbyt wiele tego występu bo moi towarzysze musieli rano dnia następnego osiedlić swoje boxy metrami sześciennymi ciężkiej pracy. To co zobaczyłem nie jest więc ostateczną opinią.
Facet przebrany za babę już dawno nie robi na mnie wrażenia. Za dużo filmów. Lip sync już dawno mi się przejadł. Za dużo internetu. Charakteryzacja choć ekstremalna też nie budziła wielkiego zachwytu. Za dużo Lady Gagi. Muszę jednak przyznać, że jeden plusik dla występu przyszedł z całkiem nieoczekiwanej strony - muzyka muzyką, ale kiedy słysząc ją widzimy również osobę ją wykonującą (choćby i tylko udawała) pozwala to ukierunkować radość z muzyki wprost na tą osobę. Słowem choć piosenki znałem i nic na mnie wrażenia nie robiło, bawiłem się świetnie. A to przecież ostatecznie właśnie o to chodzi.

Jako że szalone rzeczy to moja specjalność, i gdy raz dziennie czegoś takiego nie zrobię czuje się źle - podszedłem do baru i poprosiłem o herbatę ... przez sekundę dało się dostrzec w oku barmana bezdźwięczną niepewność, czy aby na pewno dobrze usłyszał ... okazało się jednak że nie mieli. Zdarzyło mi się raz tak zaszaleć w całkiem heteryckiej knajpie i tam herbatę mieli. W mojej ocenie brak herbaty w lokalu to spory minus. W końcu nigdy nie wiesz, kiedy zdarzy się odszczepieniec.

Jadąc na spotkanie przejeżdżałem przez (niegdyś plac) Bema. Remont na skrzyżowaniu dobiegał końca a szum serwerów Google i Naszej-Klasy zdawał się elektryzować powietrze jak burza z piorunami. Oświetlenie skrzyżowania było jakieś nietypowe, iluminujące również przewody tramwajowej sieci trakcyjnej rozwieszonej nad ulicami. Siatka, na której przewody są rozwieszone była tak gęsta i regularna, że wyglądała jak wielka techno pajęczyna i wierzcie lub nie - wydała mi się bardzo słodka, nietypowa i dająca wrażenie zadaszenia powierzchni, co oczywiście nie jest najlepsze w środku miasta, ale jednocześnie daje to wrażenie, że jesteśmy daleko od standardu. I było to moje pierwsze oczarowanie tego wieczoru.

Drugie oczarowanie przyszło już późno w nocy, gdy udało mi się przypadkiem dotrzeć na dworzec PKS, który jak się okazało był równocześnie tymczasową pętlą nocnej komunikacji autobusowej. Ktoś jednak wymyślił, że wszystkie autobusy ruszać będą z pętli o równych godzinach. Nie mnie spierać się na ile jest to logiczne i logistyczne posunięcie, jednak jednoczesny wyjazd kolumny autobusów w puste ulice nocnego miasta ...

MiszaWro 01.

Zacząłem tak z grubej rury od razu biorąc się za relację z Euro Pride, tymczasem wypadało by się jeszcze przedstawić. A właściwie nie siebie a MiszęWro - moje internetowe alter ego.
Na samym początku funkcjonowania w internecie zorientowałem się, że dobrze mieć jeden nick na wszystko, żeby nie musieć zbyt wiele pamiętać. Dobrze też mieć jakąś tożsamość, bo choć anonimowość ma swoje zalety, to jednak fakt posiadania internetowego alter ego jest wystarczająco anonimowy jak dla mnie. Powstał zatem Misza84. Okazało się jednak, że na wielu portalach już pojawił się zuchwalec o tym nicku, mi go tymże zajmując. Pewnego dnia jednak, eureka, hava nagila i hallelujah, pojawił się MiszaWro. No i został. Pod tym nickiem pojawiałem się na czatach, forach portalach i wszelkich innych, i używam go do dziś. W zamierzchłej przeszłości stworzyłem sobie nawet stronę, ale że było to jeszcze przed nastaniem www 2.0 szybko się znudziłem. Ruiny tejże można podziwiać jeszcze pod tym samym wciąż adresem http://www.miszawro.za.pl. Również pod tym nickiem prowadziłem bloga na Mojej Generacji (http://www.mojageneracja.pl/8444684/) . W ogóle sporo rzeczy pod nim robiłem włącznie z prowadzeniem w radiu internetowym Gay Radio audycji rock&rollowych. Dziś tymczasem znaleźć mnie można pod poniższymi adresami:
http://www.lastfm.pl/user/MiszaWro
http://www.youtube.com/user/MiszaWro
http://www.filmweb.pl/user/MiszaWro

Kim jednak właściwie jest MiszaWro? MiszaWro jest osobą, która czasem potrafi pisać o sobie w trzeciej osobie, bo tak jej się podoba ...
Chyba przede wszystkim jestem gejem. Teoretycznie nie jest to istotna cecha, ale dziś, gdy trzeba ją bronić i pielęgnować ... poza tym lubię ją. Przeglądam zatem gejowskie portale i od czasu do czasu pojawiam się na gejowskich eventach. Chętnie też wdaje się w dyskusje, a nawet żywiołowe wymiany zdań. Można by powiedzieć Pedał Roku, gdyby nie to że choć ponoć sami swoimi intencjami nadajemy słowom znaczenie i konotacje, to jednak bez względu i na znaczenie, i konotację, ilekroć słyszę "pedał" czuje się, jakby mi ktoś w pysk dał.
Jestem też agnostykiem - sprawa bardziej ideowa, i również jej adwokatem bywam z przyjemnością. Nie budzi jednak tyle kontrowersji, dzięki czemu nie wymaga wyszywania jej sobie haftem krzyżykowym na przedramieniu.
Kinoman - być może, choć bardziej filmoman, bo kino mogło by zepsuć nie jedno filmowe sacrum. Dla ułatwienia sobie jednak życia specjalizuje się w węższej dziedzinie - kino gejowskie.
Poza tym lubię muzykę. Zwłaszcza zaś rock&rolla. Pisząc rock&roll mam na myśli oczywiście rock&roll, a nie rock, który narcystyczni rockmani nazywają rock&rollem, żeby sobie dodać i przejechać się na sławie innych. Rolling Stonesi na przykład nie są rock&rollowcami, mimo iż pierwsze autografy rozdawali jeszcze Fenicjanom. W zasadzie jeśli dziś szukać odpowiednika rock&rolla nie był by to wcale rock, a pop. Ale rock&roll już nie żyje.



Tymczasem dalej o mnie, w końcu to jednak mój blog.
Dużo się czepiam i na wszystko patrzę krytycznie. Niekoniecznie dla tego, że jestem przeciwny czy coś - fachowo nazywa się to erystyka i znaczy tyle, że kłócę się do upadłego nawet jeśli wiem, że nie mam racji.

Mam w życiu dwa autorytety. Jednym z nich jest fragment (bo przecież że nie cały, zwłaszcza że był katolicki i to oficjalnie, bo dominikanin) z Bocheńskiego, w którym ów mówi, że autorytetów nie ma. Drugim zaś, a właściwie pierwszym jest George Carlin, który teraz smaży się w piekle. Przynajmniej według Kościoła Baptystów w Westboro, ale to inny temat. Ale skoro już o smażeniu ...



I to by było na tyle, przynajmniej póki co.

EuroPride 05. Doktor X*

Na miesiąc przed planowanym wybyciem do Warszawy szukałem kogoś, kto by lub to ze mną do niej pojechał, lub choć po niej oprowadził. Z wszystkich możliwości został ostatecznie tylko Doktor X – mój były, jednostka nad wyraz ryzykowna. No i zgodził się on pójść ze mną na Paradę (choć przy zastrzeżeniu, że nie ubierze się na różowo, ani haseł krzyczeć nie będzie). Ba, zaoferował nawet nocleg, gdyż jego rodzice wyjechali gdzieś w Polskę. W dniu, kiedy przyjechałem był akurat zajęty, więc dopiero po koncercie się u niego znalazłem. Gdy jednak zaczął się następny dzień Doktor X wyraźnie zakomunikował że na Paradę nie idzie. Poniekąd zrozumiałem, bo i kontrmanifestacje miały być niebezpieczne, a i Doktor X siedzi w szafie głębiej niż zimowe rękawiczki w środku lipca. Trudno, poszedłem sam. Gdy jednak wracałem już z Parady napisał mi on, bym zjadł gdzieś na mieście. A warto zaznaczyć, że byłem już wtedy w drodze, gdzieś na blokowiskach Pragi, nie znając miasta i mając do dyspozycji wyłącznie plan miasta. Po kilku sms-ach okazało się ponadto, że lepiej bym nie tylko zjadł na mieście, ale i w ogóle nie wracał do 21:00, bo go w domu nie ma. A ja nadal wyłącznie z planem miasta i niczym więcej. A przecież trochę zamarudziłem na mieście, bo komunikacja z powodu Parady powariowała i nie wiedziałem jak wracać. Gdybym zatem dorwał autobus zaraz po paradzie … szkoda gadać. No ale dobra, zjadłem coś i całkiem przypadkiem znalazłem się akurat pod Muzeum Narodowym, które było przecież w moich planach. Do tego miało być wyjątkowo otwarte jeszcze przez godzinę. Udało się, widać wcale aż taki homme fatale nie jestem. Akcja jednak zagęściła się kolejnego dnia. Okazało się, że z wycieczki po Warszawie również nici. Czemu? Nie wiem do dziś, się widać chłopak mnie wstydził czy coś. Obejrzałem zatem Alicję w Krainie Czarów z nim wraz, zaraz po której dowiedziałem się za to, że ma wpaść jego kolega i muszę już jechać. Na początku pomyślałem że żartuje, ale ewidentnie nie żartował. Przepraszać też nie miał zamiaru, oświadczył tylko „musisz już jechać” jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie i na tym się skończyło. W swej uprzejmości natomiast przekazał mi spis pociągów do Wrocławia. Wybrakowany spis warto dodać, bo było na nim może dziesięć pozycji, a przed wyjazdem sprawdzałem przecież pociągi i było ich co najmniej trzy razy więcej. Poprosiłem zatem Doktora X, bym mógł sam sprawdzić rozkład na jego kompie. W odpowiedzi dostałem tylko wyrzut że przecież dał mi rozkład. Po pół godzinie udało mi się wreszcie wyżebrać to sprawdzenie i rzeczywiście pociągów było o wiele więcej. A była to godzina 18:00 a ja chciałem jeszcze o 21:00 być na Nowym Świecie. Wychodząc dowiedziałem się jeszcze od Doktora X, że nie możemy być dalej przyjaciółmi, bo przyjaźń opiera się przecież na zaufaniu, a ja w sprawie tego rozkładu ewidentnie mu nie ufałem.
Eee?
Wyszedłem.

* Imię zostało zmienione na prośbę zainteresowanego.

EuroPride 04. Pride House

Gdy trafiłem tam miałem jeszcze godzinę do przedstawienia, oraz cztery godziny do pociągu do Wrocławia. Sam Pride House rozgościł się w najwyraźniej gejowskim barze Nowy Wspaniały Świat. Nie specjalnie znam się na gejowskich barach, bo do niedawna we Wrocku mieliśmy tylko kluby. W każdym razie wydaje mi się, że było całkiem sympatycznie. Na pytanie czy herbatę wolę w filiżance czy czajniczku uśmiechnąłem się z przekąsem do siebie. Oczywiście, że wybrałem czajniczek.
Nadmienić warto, że jeśli chodzi o stand up, to wychowywałem się na klasykach. George Carlin do dziś jest moim największym autorytetem w sprawach wszelkich. Nie spodziewałem się zatem czegoś rzeczywiście śmiesznego. Kilka fag joke'ów, jakieś sprytne spostrzeżenie, nuda. Okazało się jednak, że miło się zaskoczyłem. Występowało panów w sumie trzech i każdy z nich potrafił doprowadzić mnie do szczerego śmiechu. Oczywiście nie był to poziom mistrzów, ale był śmieszny i to się liczy. Prywatnie cieszy mnie, że rzeczywiście zaczynamy się powoli za stand up brać, zamiast ciągle produkować te już dawno nieśmieszne kabaretowe scenki rodzajowe. Tym bardziej cieszy, że zaczyna nam to wychodzić, bo mainstreamowy stand up jest tu tak samo badziewny, jak wszystkie kabarety. Dlatego właśnie wielkie brawa dla wszystkich występujących tego wieczoru w Nowym Wspaniałym Świecie, oraz dla tego, kto wymyślił by właśnie tego rodzaju event urządzić.
Jak wszystko co dobre występ szybko się skończył. Skończyła się też moja wizyta.

Jeszcze przed wyjściem odwiedziłem tylko toaletę, a tam dźwięki z kabiny ewidentnie świadczyły o odbywających się tam relacjach oralnych. Nie jest to jednak uwaga krytyczna, bo nie specjalnie mam coś na przeciwko, ot, luźne spostrzeżenie.
Rozumiem ideę pikiety w ciężkich czasach przeszłości, dziś jest to wysiłek jednak jakby zbędny. Mamy przecież swoje domy i spore przyzwolenie na pełną dowolność kontaktów międzyludzkich. Czemu zatem nadal nosimy ze sobą te pikiety? Tak już zostanie na zawsze? Nie krytykuję - pytam - Czemu?


W ramach podsumowania muszę stwierdzić, że wszystkie wydarzenia Euro Pride'u w których brałem udział były rewelacyjne, warte zobaczenia i warte wspominania. Lokalizacja całego wydarzenia była nie najlepsza, i to mnie trochę smuci, bo jest to w końcu Stolica mojego kraju. Samo zwiedzenie Warszawy było jednak ciekawym doświadczeniem. Jedyne czego żałuję, że nie miałem jakiegoś autochtona, który by mi to miasto rzeczywiście pokazał. Bo może miałem po prostu pecha? Nie zobaczyłem ani Starego Miasta, ani Łazienek, ani tych wszystkich zakątków, które (być może) warto zwiedzić. A teraz szansa pewnie przepadła, bo nie wiem czy po tych wszystkich doświadczeniach moja ciekawość nadal wystarczy, by się pchać w tą daleką jednak drogę.
Sukcesem jednak było że się w Warszawie pojawiłem i dałem sobie radę nie skończywszy w końcu na zamknięciu się w hotelu. Był to przecież jeden z celów wyprawy – zobaczyć wreszcie stolicę, pojechać samemu do wielkiego miasta i dać sobie radę. Nigdy nie byłem przecież za granicą, a największe zwiedzone do tej pory miasto, to moje własne. A i musiałem się zmierzyć nie tylko z miastem, ale i z samym sobą – mną aspołecznym i bojaźliwym. Oczywiście nadal byłem aspołeczny i bojaźliwy, ale mimo tych cech dałem sobie radę.
W sumie wydałem prawie połowę wypłaty na tą atrakcję (jeśli całość przeliczyć na złotówki) a nadal się opłacało, choć już w mniej wymiernych walutach.
Wypad miał jeszcze jeden wymiar – ten prywatny, ten jednak zostawię sobie na potem, już po podsumowaniu.

EuroPride 03. Parada, Muzeum Narodowe

Z odręcznie narysowaną mapką ruszyłem zatem na Plac Bankowy. Zgodnie ze wskazówkami wysiadłem z metra na przystanku Ratusz-Arsenał i ruszyłem za kolorowymi grupkami ludzi. Po wyjściu na powierzchnię z każdej możliwej strony widać było tylko tłum. Wpłynąłem zatem na ludzkiego przestwór oceanu. Jakiś dziennikarz przepytywał jakiegoś staruszka – wulkan sodomii – dosłyszałem i tak rozbawiony ruszyłem w kierunku już wyraźnie widocznej platformy. Sam czułem się lekko nieswojo – samemu, w wielkim i nie swoim mieście w tłumie tak kolorowym jak w doniesieniach TVP. Moje doświadczenie ogranicza się do jednej parady we Wrocławiu, a był to przecież inny typ parady – bez zabawy, sam marsz, z możliwie wyraźnym wkurwem na twarzy. Parada walcząca. Tu natomiast muzyka, półnadzy chłopcy, drag queens i wszystko to, czego w Modzie na Sukces nie zobaczysz. I wszyscy z uśmiechami na twarzach, bawiący się, wyluzowani. Piękne. Jak bardzo musiałem się wizualnie wyróżniać z tłumu – spięty i samotny, wolę nawet nie wiedzieć. Trudno jednak było nie dać się porwać temu optymizmowi. Zwłaszcza że nie oglądam telewizji. Wcześniej tego dnia zadzwonił do mnie ojciec trochę jakby przytłoczony informacjami o kontrmanifestacjach z nakazem, bym w razie czego nie zgrywał bohatera, tylko uciekał. Znaczy że media szykowały się najwidoczniej na armagedon i wojnę pedalsko-naziolską - Stonewall – pomyślałem z nutką ekscytacji. A wyszło oczywiście jak zwykle. Zamiast wielkich kontrdemonstracji mała grupka z transparencikami „stop homo” i jeden „zakaz pedałowania”. I to tyle? Czułem się zawiedziony. Znajomi pytali później o jajka, które leciały w tłum, a ja musiałem z zażenowaniem odpowiadać, że żadnych jajek nie było.
Nie wiem dokładnie ile było platform, wiem tylko, że za dużo. Parada kończyła się gdzieś na Googlu, a za nią była jeszcze przynajmniej jedna, jeśli nie dwie. London Gay Men's Chorus zaintonował piosenkę z „Rentu”, jednak gdy z każdej strony otoczyły ich głośne od disco platformy klubowe dali sobie spokój i poprzestali na maszerowaniu i machaniu. Ja w tym czasie dostawałem po twarzy tęczową flagą od pozbawionego koszulki typa przede mną.



Parada bawiła się świetnie, a i ja bawiłem się świetnie. Ludzie śmiali się i machali do gapiów, a gapie odmachiwali. Kiś grubasek tańczył w samych slipach gdzieś na balkonie, a przerwane atrakcją dinner party wychylały się przez okna raz z optymizmem, raz bez, a czasem po prostu z zaciekawieniem. Koniec trasy znajdował się na Placu Konstytucji i tam też Parada dorwała hydrant zwilżający nagrzane letnie powietrze. Woda lała się wszędzie i na każdego, ci którzy mieli komu przekazać swoje komórki tańczyli przy samym hydrancie jak na konkursie mokrego podkoszulka.
Z platform znów leciało disco.


Kolejnym obowiązkowym punktem wypadu do Stolicy było Muzeum Narodowe, a jednak ostatecznie trafiłem tam jednak bardziej przez przypadek. Na starcie powitał mnie wykrywacz metalu, którego bardziej spodziewał bym się w Pałacu Kultury dzień wcześniej, ale widać ostatnio jest moda na zamachy w muzeach. Na przykład ten na Zachęcie 88 lat temu …
Wystawę udało mi się zwiedzić w godzinę, co znaczy, że eksponatów było jakby trochę mało, ale to jakoś mnie nie zaskoczyło. Zresztą miałem tylko godzinę do zamknięcia muzeum, więc jak to mówią - każdy kij ma swoje dobre strony. Trudno mi oceniać sztukę, bom strasznym abnegatem w tym temacie, żeby nie mówić że taki ze mnie prosty chłopak z prowincji. Aktów było trochę za dużo. Plakatów filmowych za mało. Sztuka lesbijska wywołała u mnie mieszane uczucia. Znaczy takie, w których szok mieszał się z przerażeniem. A był i jeden obraz, który mnie oczarował. Niestety nie pamiętam ani tytułu, ani autora, pozostaje mi zatem tylko wciąż coraz bardziej idealizowane wspomnienie. Wystawa była warta zobaczenia, szkoda tylko, że po przejściu jej pozostaje myśl – a gdzie reszta?

Co zaś się tyczy przedstawień św. Sebastiana zdecydowanie polecam tę pozycję:

Lilies - Les Feluettes [HomoCinema]
Lilies - Les Feluettes [FilmWeb]

EuroPride 01. Warszawa

Po sześciu godzinach podróży pociąg z piskiem wjechał na stację Warszawa Centralna. Pierwszym wrażeniom Warszawy towarzyszył mrok podziemi oraz zapach kebabów sprzedawanych w każdym możliwym punkcie dworca. Chwilę później dołączył do tego zapach moczu, a gdy dotarłem na powierzchnię również mieszanka woni spalin i parafiny. Podobno każde miasto ma swój specyficzny zapach. Tak, ten na pewno był specyficzny. Za to budynek dworca niejednemu architektowi musi się śnić w najgorszych koszmarach.
Jak świat długi i szeroki od kiedy pierwsze pociągi zaczęły wtaczać się na pierwsze perony każde miasto dbało by dworzec dech zapierał, gdyż jest to w końcu pierwszy budynek, który podróżny zobaczy. I dziś on Nowego Jorku po Wrocław dworce muszą być olśniewające. To samo zresztą od Moskwy po Paryż spotkało również metro. Nie w Warszawie.
Z oddali dało się słyszeć klakson. Chwilę zajęło mi by ów dziwny dźwięk zidentyfikować. Niby znam, ale już kawał czasu słyszeć nie miałem okazji. No ale te dziury w drogach tłumaczą wszystko i usprawiedliwią każdego..
Nieopodal stał dumnie Pałac Kultury swoim czubkiem może chmur nie drapiąc, ale lekko wodząc po nich tym dotykiem, który drażni niedostatkiem. I choć tyle przekleństw pod jego adresem słyszałem muszę przyznać, że nawet mi się spodobał. Nawet jeśli wygląda jak wielkie betonowe „fuck you” wymierzone w całą resztę kraju z Warszawą włącznie. A jednak miał coś, co tak rzadko się dziś spotyka, żeby nie mówić że w ogóle – kształt. Budynek Lotu zaraz obok skwapliwie to przypomina samemu wyglądając jak wagon Popularnych bez filtra.
Komunikacja miejska … te same tramwaje, które w Warszawie wożą ludzi z pracy na zakupy, we Wrocławiu lądują jako zabytki na trasach turystycznych. Autobusy, które codziennie przemierzają Pragę i Plac Washingtona we 'Wrocku' dawno zostały by wycofane z użytku. Jedynym zaskoczeniem było metro – takie inne, nowe, dla mnie nietypowe, a do tego jakże elektroniczne, z bramkami, biletami, ruchomymi schodami, automatami … i tylko jedną trasą. Jak byłem dzieckiem miałem kolejkę o bardziej rozwiniętej trasie, bo w końcu jeździła w kółko, a nie tylko tam i z powrotem. Zważywszy, że chyba wszystkie środki komunikacji poruszają się w Warszawie jedynie w liniach prostych można uznać, że miasto zwyczajową łamigłówkę komunikacyjną sprowadziło do formy krzyżówki.
6 pionowo: Odbiła mu palma – Nowy Świat.
Nie znajdziesz we Wrocławiu ruchomych schodów, po których się chodzi – po to właśnie są one ruchome, żeby nie trzeba było chodzić. Niektórym się jednak widać spieszy bardziej niż innym. Ostatecznie będą musieli później czekać na autobus, tracąc ten czas, który zyskali na ruchomych schodach, ale nie ma problemu, odrobią go wsiadając doń nim inni z niego wysiądą. Cóż, że kultura jest słabą stroną Warszawiaków to mnie nie dziwi, ale że logiczne myślenie również … no ale jak się nad tym zastanowić to mówimy o największym i najpewniej najlepiej opłacanym miastem w kraju, w którym do dziś w centrum jest więcej dziur, niż Wrocław miał na peryferiach jeszcze dekadę temu. Jeśli Warszawiacy tak długo dają się w konia przez władzę robić, to już na starcie nie najlepiej świadczy o ich poziomie IQ.
Ciekawym jest czym żywi się populacja zamieszkująca to wielkie miasto (zwane przez niektórych największą wsią jaką w życiu widzieli). Przez trzy długie dni zdarzyło mi się kilka razy stołować w stolicy i spostrzeżenia me optymizmem nie napawają. Na przystawkę poszła najgorsza pizza mej egzystencji, jednak następnego dnia wynik zremisowała inna sieciowa Pizzeria gdzieś na Pradze. Trzeciego dnia jednak więcej czasu spędziłem na Nowym Świecie, ot w celach obserwacyjno-poznawczych, oraz dlatego, że mój gospodarz … mniejsza. Na początek zatem restauracyjka Corleone zaserwowała mi obrzydliwe Tagliatelle ze szpinakiem wprost z mikrofali. Widać kucharz zginął w mafijnych porachunkach. Sieciowa cukiernia Blikle zaserwowała mi eklerki, które nie smakowały jak eklerki i z pewnością nie kosztowały jak eklerki, zaś kultura obsługi świadczyła o korzeniach firmy gdzieś w głębokim PRL-u. Na koniec wreszcie Nowy Wspaniały Świat, który knajpką był sympatyczną, jednak wszamane tam do herbaty brownies były tak ohydnie słodkie, że już wolał bym jeszcze raz zjeść tamto tagliatelle. Zresztą przez chwilę groziło realne niebezpieczeństwo, że rzeczywiście owe znów skosztuje, tym jednak razem w odwrotnym kierunku.

I gdy udało mi się w końcu kupić bilet stanąłem przed bramką do metra. Miejscowi walili z każdej strony, bardziej wolnym biegiem niż szybkim chodem, waląc na te bramki jak bydło spuszczone z zagrody na amerykańskich westernach, przelatując po czytniku to portfelem, to całym plecakiem, co dalej otwierało bramkę. Ja nie miałem ani plecaka pod ręką, ani nic innego, czym mógłbym chodziarz naśladować obrządek tutejszej kultury, na szczęście okazało się, że jest i opcja dla obcych. „Wsadź bilet do czytnika paskiem magnetycznym do góry” głosił komunikat. Tłum dostrzegł najwidoczniej, żem turysta czy obcy jakiś, bo przetłaczać zaczęli się przez sąsiednie bramki. Wartki prąd ludzi przelewał się teraz z obu moich stron z siłą gotową stratować niejednego kowboja. Po chwili znalazłem pasek magnetyczny i zacząłem zastanawiać się gdzie jest przód biletu a gdzie tył, by poprawnie go do maszyny wsadzić. Tłum wzbijał tumany kurzu wzbudzając niepokój w każdym niewtajemniczonym obserwatorze, zaś tętent kroków przyspieszał bicie serca jak techno gdy w klubie staniesz zaraz obok głośnika.
Wsadziłem bilet, pokonałem bramkę, przetrwałem.
Nie tylko bramkę, Warszawę również.
VENI , VIDI , VIXI! Cytując parafrazę.
A może parafrazując cytat?

Blog

Od dłuższego już czasu noszę się z myślą o założeniu bloga. Nie pierwszy to mój blog oczywiście, bo w moim wieku wypada mieć już kilka nieudanych doświadczeń związanych z internetem, ale o tym innym razem. W każdym razie zaczynam od nowa, tym razem na Blogspocie(Bloggerze), tym razem z własnym logo i lepszym od poprzednich pomysłem na całość.

Przejdźmy zatem to spraw technicznych.

Posty w blogu będą na tyle rozbieżne tematycznie, że pomocna może się okazać nawigacja. Z prawej strony strony do dyspozycji masz zatem sześć działów, które ci poruszanie się po blogu powinny ułatwić.

Private - w tym dziale zajmę się sprawami, które mnie męczą i przejmują na co dzień i wypada na nie ponarzekać, czy poprzeklinać. Jeśli zatem jesteś kolegą z pracy ... lepiej tam nie zaglądaj.

Queer - Oficjalnie stosuje się skrót LGBTQIA, jednak jeśli mnie przynależność do owego LGBTQIA czegoś nauczyła, to przede wszystkim tego, że jeśli dasz czemuś kategorię, to zawsze znajdzie się coś co do tej kategorii nie pasuje. A to moi drodzy nazywa się "wykluczenie". Dlatego wolę używać równoległego słowa "Queer", które w moim rozumieniu zamyka w sobie każdą możliwą inność. I tego w tym dziale szukać należy. Jeśli jesteś zatem kolegą z pracy ... tam też lepiej nie zaglądaj.

Media - Że Misza słucha dziwnych rzeczy, to każdy wie. Tu je zatem odseparuję, by niechętni dział ominąć mogli. Wrzucać tu będę też i inne media, jak filmiki czy teksty, warte moim zdaniem zobaczenia, tudzież (bo może być i tak) moje własne.

Ludzie - Bo ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostki, a jest jednostka strukturą skomplikowaną.

Blog - Tu czasem coś o samym blogu wspomnę, sprawach technicznych czy innych tego typu. Poza tym podoba mi się idea posiadania na blogu informacji o blogu. Taka pętla myślowa może niejednego przyprawić o problemy natury psychicznej i w tym rzecz, bo każdy wie, że "normalny" znaczy "smutas, katolik, fanatyk, piłki nożnej fan i Radia Maryja słuchacz" a ci już dawno przekraczają liczebnie przynależny im limit na folklor w narodzie.

Inne - zapewne są rzeczy, które się w powyższych działach nie zmieszczą. Na nie właśnie jest ten dział tak sprytnie nazwany, by wszystko co nie mieści się w poprzednich mieściło się w nim, dzięki czemu unikamy problemu wykluczenia towarzyszącemu kategoryzacji.

Nie każdy wpis będzie oczywiście monotematyczny i przynależny wyłącznie jednemu z działów. Dzięki temu chcąc przeczytać coś co cię ciekawi przeczytasz też jednocześnie coś, co pewnie cię nie zaciekawi, a to proszę ja ciebie nazywa się marketing. A dziś jak wiemy bez marketingu się po prostu nie da.

Kolory działów nawiązują oczywiście do tęczy tworzącej całą gamę moich zainteresowań, ergo myśli mnie tworzących (znaczy się na mnie składających). Tęcza ta może kojarzyć się również z gejowską symboliką i jest to z twojej strony całkiem słuszne spostrzeżenie.

Życzę nam zatem owocnej współpracy, by blog ten i mi i tobie dostarczył trochę ciekawych myśli, a może i odrobiny radości.