Macie prawo do leczenia - dotarło do mnie z ust (a raczej klawiatury) znajomego z pracy. Leczenia homoseksualizmu w domyśle. A było to przecież hasło 'demonstracji' NOPu w trakcie Marszu Równości. Prawo do leczenia ...
Merytorycznie wygląda to tak - żeby coś leczyć, musi to być chorobą, a homoseksualizm chorobą nie jest i według lekarzy i według psychologów. Chorobą natomiast całkiem oficjalnie jest homofobia i tą jak najbardziej można, a nawet należy leczyć. No i oczywiście nikt homofobom prawa do leczenia nie odmawia.
W praktyce sprawa wygląda inaczej, bo tego typu hasła, czy w ogóle demonstracje nazistów/nacjonalistów nie homofobią są podszyte a zwykłą głupotą. Oto nagle wszyscy stali się specjalistami w dziedzinie homoseksualizmu - wiedzą że leczyć, a pewnie i czym leczyć i dziw, że im państwo jeszcze nie pozwoliło wypisywać recept. Dziw, że w aptekach nie ma kul kaliber .45. I gdybym chciał, żeby ktoś naprawił mój komputer, to wolał bym, by się on na tym znał, no ale wiadomo - komputer to nie człowiek.
I skąd się teraz biorą debile, co myślą, że z newsami zasłyszanymi na podwórku i własnym 'widzi mi się' stali się nagle choć trochę mądrzejsi?
No ale wiadomo jak to jest z nauką - pewnie wymyślili ją żydzi, żeby sterować światem - lepiej nie ruszać, bo wybuchnie.
Tyle, że głupota też jest uleczalna - przez edukację. A tej nikomu bronić nie zamierzam.
Także tak panowie - macie prawo do leczenia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą qur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą qur. Pokaż wszystkie posty
Z Życia 02.
Tak, wiem, dawno mnie nie było i w ogóle. Mogę powiedzieć, że to był naprawdę szalony koniec roku i początek kolejnego też nie jest wolny od wrażeń. Może zatem tak w telegraficznym skrócie.
Kolejny raz udało się zorganizować sylwestra. I tak dla odmiany nie powtarzam sobie w duchu "nigdy więcej". Co o tyle dziwne, że w poprzednich latach mimo wielu wrażeń (a może dzięki nim?) imprezy wychodziły ciut lepiej. No ale mniejsza o tym, w każdym razie się udało i muszę powiedzieć, że dochodzę z tym powoli do perfekcji.
Kolejna organizowana przeze mnie impreza to Tęczowy Klub Filmowy, który rusza już 12 stycznia. No ale o tym na dniach wrzucę osobny wątek. Czy się uda nie wiem, ale trzymajmy kciuki.
No ale do meritum ...
Moja epopeja coming outów zdaje się powiększać właśnie o kolejny (i to chyba najgrubszy) rozdział. Wrażeń w związku z tym mi nie brakuje. Tak w skrócie o genezie - wygląda, że ktoś z pracy znalazł mój profil na Facebooku.
Tutaj krótka pauza dla podkreślenia znaczenia chwili, oraz ot w ramach małego suspensu, a co.
No i plota poszła w świat. Pewnego dnia dla przykładu pokazano mi (tego właśnie oto) bloga mojego autorstwa z zapytaniem, czy mój ci on. Jakby zdjęcie na stronie głównej nie wystarczyło. No ale wygląda, że w tym przypadku mogę liczyć na pełny support, żeby nie mówić, że utrzymanie ruchu. Póki co jednak wygląda, że dam sobie radę. Że plotkują to ja wiem, swoje źródła mam, i uszy jak satelity też. No ale plotki to mi tam wiecie, bo o to chodzi aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa. To natomiast co mi się manifestuje, to już inny temat. Wczorajszy dzień pracy zaczął się od "jesteś gejem?" wypowiedzianym przez ludzi z poprzedniej zmiany. To już były armaty i pierwsze rzeczywiste użycie na głos słowa na "g". Nie będę się rozwodził, bo to nigdy nie wiesz kto to czyta, ale jak na mój gust nie było źle. No ale to pewnie dopiero początek, zobaczymy co będzie dalej. A ja? A ja nic, poczekam, popatrzę, że przytoczę, nie mój problem, że tak powiem. A jak ktoś zapyta odpowiem, a jak nie, to nie. Sprawa jest w każdym razie in progres, i jakby co, będę informował.
Reni Jusis - Nic O Mnie Nie Wiecie
Kolejny raz udało się zorganizować sylwestra. I tak dla odmiany nie powtarzam sobie w duchu "nigdy więcej". Co o tyle dziwne, że w poprzednich latach mimo wielu wrażeń (a może dzięki nim?) imprezy wychodziły ciut lepiej. No ale mniejsza o tym, w każdym razie się udało i muszę powiedzieć, że dochodzę z tym powoli do perfekcji.
Kolejna organizowana przeze mnie impreza to Tęczowy Klub Filmowy, który rusza już 12 stycznia. No ale o tym na dniach wrzucę osobny wątek. Czy się uda nie wiem, ale trzymajmy kciuki.
No ale do meritum ...
Moja epopeja coming outów zdaje się powiększać właśnie o kolejny (i to chyba najgrubszy) rozdział. Wrażeń w związku z tym mi nie brakuje. Tak w skrócie o genezie - wygląda, że ktoś z pracy znalazł mój profil na Facebooku.
Tutaj krótka pauza dla podkreślenia znaczenia chwili, oraz ot w ramach małego suspensu, a co.
No i plota poszła w świat. Pewnego dnia dla przykładu pokazano mi (tego właśnie oto) bloga mojego autorstwa z zapytaniem, czy mój ci on. Jakby zdjęcie na stronie głównej nie wystarczyło. No ale wygląda, że w tym przypadku mogę liczyć na pełny support, żeby nie mówić, że utrzymanie ruchu. Póki co jednak wygląda, że dam sobie radę. Że plotkują to ja wiem, swoje źródła mam, i uszy jak satelity też. No ale plotki to mi tam wiecie, bo o to chodzi aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa. To natomiast co mi się manifestuje, to już inny temat. Wczorajszy dzień pracy zaczął się od "jesteś gejem?" wypowiedzianym przez ludzi z poprzedniej zmiany. To już były armaty i pierwsze rzeczywiste użycie na głos słowa na "g". Nie będę się rozwodził, bo to nigdy nie wiesz kto to czyta, ale jak na mój gust nie było źle. No ale to pewnie dopiero początek, zobaczymy co będzie dalej. A ja? A ja nic, poczekam, popatrzę, że przytoczę, nie mój problem, że tak powiem. A jak ktoś zapyta odpowiem, a jak nie, to nie. Sprawa jest w każdym razie in progres, i jakby co, będę informował.
Reni Jusis - Nic O Mnie Nie Wiecie
Gay Community
Ilekroć zacząłem się zastanawiać czego właściwie brakuje naszemu ruchowi LGBTQ pierwszą odpowiedzią zawsze było „ludzi”. Wcale nie mówię tu zresztą o samych aktywistach, ale o zwykłych ludziach, którzy pomagają przy organizowaniu wszelkich akcji, czy tych, do których te akcje są adresowane. Krótko mówiąc naszemu ruchowi brakuje ruchu w ogóle. Wszelkie wydarzenia okupowane są prawie wyłącznie przez ciągle tę samą grupkę ludzi. Głównie przez samych organizatorów.
Prawdą jest, że Polska jak wszystkie kraje byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz krajów mu podległych cierpi na notoryczny tumiwisizm społeczny i choćby nagminnie prawa obywatelskie łamano nikt dupy sprzed telewizora nie ruszy by coś z tym zrobić. Ale czy aby na pewno jest to jedyny powód braku ruchu? Bo czym właściwie taki ruch jest? Wszystko zaczyna się (tak mi się zdaje) od społeczności. Czy my jesteśmy zatem społecznością? Łączą nas idee, abstrakt orientacji seksualnej, wspólne doświadczenia czy kluby, w których się bawimy. Nie łączą nas natomiast zwykłe więzy międzyludzkie. Nie znamy się nawzajem, i poznać nie mamy okazji. Pozostajemy jednostkami, tworząc co najwyżej małe grupki przyjaciół i znajomych. I jak tu mówić o społeczności?
Dla przykładu można spojrzeć na gejowski ruch w Ameryce. Tam żadna gala, rozdanie nagród, marsz czy protest, żadne przemówienie nie może się obyć bez słowa „community”. Bo to albo społeczność wręcza nagrodę, albo ktoś na rzecz tej społeczności poświęcił całe swoje życie. Nietolerancja dotykająca małe społeczności, społeczność mająca dość nierównych praw i niekonstytucyjnego działania. Społeczność przeciwko narodowi i społeczność na narodu czele. A u nas można liczyć co najwyżej na jakieś zrzeszenie. Kolektyw je*any.
Pytanie zatem jak taką społeczność zbudować, i ja na to pytanie odpowiedzi nie znam. Mogę jedynie zgadywać. Gdyby tak zacząć grupować ludzi wokół czegoś, niekoniecznie wokół walki o prawa, niekoniecznie wokół darkroomów i miejskich szaletów. Dać ludziom szansę poznania się bez konieczności przekrzykiwania się przez głośną muzykę ...
Obecny ruch gejowski (w sensie że i lesbijski, transowy i queerowy też) w Polsce poświęca się prawie wyłącznie walce i jednoczy wyłącznie ludzi tym właśnie zainteresowanych. A przecież nie każdy jest aktywistą w głębi duszy.
Moją propozycją zatem są 'kółka zainteresowań' – drużyny sportowe, kluby filmowe, grupy szachowe czy szkoły tańca. By nie musiała nas łączyć wyłącznie sama orientacja, ale ot, grupa znajomych wolna od homofobii na przykład, czy po prostu miejsce, gdzie rzeczywiście można być sobą. Ponieważ wszystko zaczyna się od ludzi, a o tych trudno gdy zamiast jednego ruchu mamy ruch jednostek.
Prawdą jest, że Polska jak wszystkie kraje byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz krajów mu podległych cierpi na notoryczny tumiwisizm społeczny i choćby nagminnie prawa obywatelskie łamano nikt dupy sprzed telewizora nie ruszy by coś z tym zrobić. Ale czy aby na pewno jest to jedyny powód braku ruchu? Bo czym właściwie taki ruch jest? Wszystko zaczyna się (tak mi się zdaje) od społeczności. Czy my jesteśmy zatem społecznością? Łączą nas idee, abstrakt orientacji seksualnej, wspólne doświadczenia czy kluby, w których się bawimy. Nie łączą nas natomiast zwykłe więzy międzyludzkie. Nie znamy się nawzajem, i poznać nie mamy okazji. Pozostajemy jednostkami, tworząc co najwyżej małe grupki przyjaciół i znajomych. I jak tu mówić o społeczności?
Dla przykładu można spojrzeć na gejowski ruch w Ameryce. Tam żadna gala, rozdanie nagród, marsz czy protest, żadne przemówienie nie może się obyć bez słowa „community”. Bo to albo społeczność wręcza nagrodę, albo ktoś na rzecz tej społeczności poświęcił całe swoje życie. Nietolerancja dotykająca małe społeczności, społeczność mająca dość nierównych praw i niekonstytucyjnego działania. Społeczność przeciwko narodowi i społeczność na narodu czele. A u nas można liczyć co najwyżej na jakieś zrzeszenie. Kolektyw je*any.
Pytanie zatem jak taką społeczność zbudować, i ja na to pytanie odpowiedzi nie znam. Mogę jedynie zgadywać. Gdyby tak zacząć grupować ludzi wokół czegoś, niekoniecznie wokół walki o prawa, niekoniecznie wokół darkroomów i miejskich szaletów. Dać ludziom szansę poznania się bez konieczności przekrzykiwania się przez głośną muzykę ...
Obecny ruch gejowski (w sensie że i lesbijski, transowy i queerowy też) w Polsce poświęca się prawie wyłącznie walce i jednoczy wyłącznie ludzi tym właśnie zainteresowanych. A przecież nie każdy jest aktywistą w głębi duszy.
Moją propozycją zatem są 'kółka zainteresowań' – drużyny sportowe, kluby filmowe, grupy szachowe czy szkoły tańca. By nie musiała nas łączyć wyłącznie sama orientacja, ale ot, grupa znajomych wolna od homofobii na przykład, czy po prostu miejsce, gdzie rzeczywiście można być sobą. Ponieważ wszystko zaczyna się od ludzi, a o tych trudno gdy zamiast jednego ruchu mamy ruch jednostek.
Coming Out
Najważniejszym coming outem jest ponoć ten przed samym sobą. Powiedzieć sobie "jestem gejem" i żyć dalej. Osobiście nie widzę w tym żadnego wielkiego i trudnego kroku, na który trzeba ciężko pracować. Pewnego wieczora miałem już po prostu dość przepłakanych nocy i wilgotnej od łez poduszki. "Jesteś pedałem, pogódź się z tym wreszcie" pomyślałem do siebie, po czym tej rady posłuchałem. I to było na tyle, bo więcej ujawnień nie planowałem.
Moim najlepszym przyjacielem wtedy był pewien rozpuszczony jedynak z bogatych rodziców. No może nie dosłownie, ale taka charakterystyka dobrze oddaje stan jego umysłu. I dość często mnie on odwiedzał i było tak i tego dnia. Pamiętnego dnia. No może nie aż tak pamiętnego, bo daty nie pamiętam. I kiedy ja zajmowałem się swoimi sprawami, on akurat grzebał coś na moim kompie, po internecie się szlajał czy coś. I nagle ze strony komputera dobiegł mnie dźwięk ewidentnie filmu pornograficznego ... gejowskiego ... mojego. Grzebał mi dziad w komputerowym śmietniku, a że ostatnio porządkowałem zbiory było tam co znaleźć. I on znalazł. W ułamek sekundy zrobiło mi się gorąco i zimno na raz. Nie wiedziałem co powiedzieć, co zrobić, "wyłącz to" krzyczałem, po każda sekunda filmu była jak kolejny kilometr przepaści, w którą spadałem. No a on oczywiście nie wyłączał, tylko sprawdzał co rusz to kolejne pliki. Nastała konsternacja. "To nie moje" powiedziałem, "pewnie przez przypadek, albo brata ... tak, na pewno brata". I to mnie uratowało, bo wyrzuty sumienia po wrobieniu własnego brata następnego dnia doprowadziły do jednego z odważniejszych aktów mego krótkiego życia. "Te filmy były moje, jestem gejem" ... no dobra, nie powiedziałem że jestem gejem, przyznałem się tylko do własności tych filmów. Pierwsze "jestem gejem" powiedziałem dopiero kilka coming outów później. Nie potrafiłem, bałem się, wolałem stanąć na szczycie wzgórza i sprowokować kogoś do pchnięcia mnie z niego, niż stanąć na skraju klifu i samemu skoczyć. Tak było łatwiej. "Wiesz co oznacza ta flaga?", "tak, to moje, gdzie to znalazłeś?", "słyszałaś, że ponoć sąsiad jest gejem? No więc nie on jedyny". Zdania po których to rozmówca pytał "jesteś gejem?", więc ja tego mówić nie musiałem. I tamtego dnia tak właśnie zrobiłem. Niezaprzeczalny był jednak fakt, że oto ktoś poznał moją najciemniejszą z tajemnic. O dziwo prawie nic się w naszych relacjach nie zmieniło. Oczywiście musiałem wpierw poświęcić masę czasu wyjaśnieniom, że "to nie tak jak myślisz", i że geje są inni. I ja jestem inny. Czy on to rzeczywiście zrozumiał nie wiem, a nawet wątpię, ale tego nie okazywał i to mi wystarczyło. No i ośmieliłem się i ujawniałem się przed innymi. Nadal jednak miałem twarde postanowienie nie mówić nic rodzicom. Trochę ze strachu, trochę z miłości, trochę dla tego, że tak było po prostu wygodniej, rozkręcałem powoli swoje gejowskie życie bez ich wiedzy. Powiedzmy. Z czasem zaczęło do mnie docierać, że muszę im powiedzieć, że nie mogę ukrywać przed nimi tak ważnego fragmentu swojego życia. I gdy się zakocham móc przedstawić im swojego chłopaka. I prawdę mówiąc wiedziałem, że raczej nic złego z ich strony mnie nie czeka. Profilaktycznie jednak ojca postanowiłem zostawić sobie na chwilę, gdy będę mógł w razie czego beztrosko się wyprowadzić. Mamie jednak musiałem powiedzieć. No i nie mówiłem. Dobry rok czekałem na odpowiednią okazję, zbierałem się w sobie i ćwiczyłem. W końcu to jednak zrobiłem. I był to najcięższy coming out jakiego dokonałem. Pierwszy raz rzeczywiście ryzykowałem stratą kogoś, pierwszy raz pojawiły się łzy. "Skąd ty możesz wiedzieć?", "może nie spotkałeś jeszcze odpowiedniej dziewczyny?", tak, to wszystko pojawiło się również. W końcu jednak zaczęła mama przyjmować to do siebie, a zajęło jej to dobry miesiąc albo i dwa. I dziś tylko wypytuje, kiedy w końcu znajdę sobie jakiegoś fajnego chłopaka. No a z ojcem mi się upiekło. Pewnego dnia po prostu przyznał się że wie, i to wie od dawna. I choć nie był zachwycony, a kilka jego doświadczeń życiowych sprawiło że był też uprzedzony, miał jednak sporo czasu by się z tym zmierzyć. A i możliwości też, bo ot na przykład brał on udział w Żywej Bibliotece jako 'książka' a tam skorzystał z okazji porozmawiania z naszymi KPH-owcami. I tak szczęśliwie skończyła się historia mojego outowania.
Kiedyś planowałem out totalny, po którym zamiast się outować po prostu żył bym swoim życiem i przed nikim się po prostu nie ukrywał. To będzie jednak musiało jeszcze trochę poczekać. Tymczasem zmieniłem ostatnio trochę swoje środowisko i chyba znów będzie trzeba się outować. Bez Endu.
A gdyby ktoś zapytał "po co to wszystko?" prawdopodobnie nie potrafił bym w pełni odpowiedzieć. Zwłaszcza, że żadne słowa tego tak na prawdę nie oddadzą. Mogę ci jednak powiedzieć na przykład, że żyjąc w ukryciu budujesz wokół siebie mur i odgradzasz się nim od wszystkich dookoła. I nawet twoja rodzina zaczyna się powoli od ciebie oddalać, tracisz kontakt i nie masz jak go odzyskać. I najlepszym pomysłem jest ten mur zburzyć. Ja dzięki temu mogę żyć jak chcę, wśród ludzi którzy mnie lubią i rozumieją, wśród ludzi, przed którymi nie muszę udawać. I nie ma tej presji, i pytań czy nadal by mnie lubili gdyby się dowiedzieli.
I wreszcie mogę być sobą.
David Engel - I am What I am (La Cage aux Folles)
Moim najlepszym przyjacielem wtedy był pewien rozpuszczony jedynak z bogatych rodziców. No może nie dosłownie, ale taka charakterystyka dobrze oddaje stan jego umysłu. I dość często mnie on odwiedzał i było tak i tego dnia. Pamiętnego dnia. No może nie aż tak pamiętnego, bo daty nie pamiętam. I kiedy ja zajmowałem się swoimi sprawami, on akurat grzebał coś na moim kompie, po internecie się szlajał czy coś. I nagle ze strony komputera dobiegł mnie dźwięk ewidentnie filmu pornograficznego ... gejowskiego ... mojego. Grzebał mi dziad w komputerowym śmietniku, a że ostatnio porządkowałem zbiory było tam co znaleźć. I on znalazł. W ułamek sekundy zrobiło mi się gorąco i zimno na raz. Nie wiedziałem co powiedzieć, co zrobić, "wyłącz to" krzyczałem, po każda sekunda filmu była jak kolejny kilometr przepaści, w którą spadałem. No a on oczywiście nie wyłączał, tylko sprawdzał co rusz to kolejne pliki. Nastała konsternacja. "To nie moje" powiedziałem, "pewnie przez przypadek, albo brata ... tak, na pewno brata". I to mnie uratowało, bo wyrzuty sumienia po wrobieniu własnego brata następnego dnia doprowadziły do jednego z odważniejszych aktów mego krótkiego życia. "Te filmy były moje, jestem gejem" ... no dobra, nie powiedziałem że jestem gejem, przyznałem się tylko do własności tych filmów. Pierwsze "jestem gejem" powiedziałem dopiero kilka coming outów później. Nie potrafiłem, bałem się, wolałem stanąć na szczycie wzgórza i sprowokować kogoś do pchnięcia mnie z niego, niż stanąć na skraju klifu i samemu skoczyć. Tak było łatwiej. "Wiesz co oznacza ta flaga?", "tak, to moje, gdzie to znalazłeś?", "słyszałaś, że ponoć sąsiad jest gejem? No więc nie on jedyny". Zdania po których to rozmówca pytał "jesteś gejem?", więc ja tego mówić nie musiałem. I tamtego dnia tak właśnie zrobiłem. Niezaprzeczalny był jednak fakt, że oto ktoś poznał moją najciemniejszą z tajemnic. O dziwo prawie nic się w naszych relacjach nie zmieniło. Oczywiście musiałem wpierw poświęcić masę czasu wyjaśnieniom, że "to nie tak jak myślisz", i że geje są inni. I ja jestem inny. Czy on to rzeczywiście zrozumiał nie wiem, a nawet wątpię, ale tego nie okazywał i to mi wystarczyło. No i ośmieliłem się i ujawniałem się przed innymi. Nadal jednak miałem twarde postanowienie nie mówić nic rodzicom. Trochę ze strachu, trochę z miłości, trochę dla tego, że tak było po prostu wygodniej, rozkręcałem powoli swoje gejowskie życie bez ich wiedzy. Powiedzmy. Z czasem zaczęło do mnie docierać, że muszę im powiedzieć, że nie mogę ukrywać przed nimi tak ważnego fragmentu swojego życia. I gdy się zakocham móc przedstawić im swojego chłopaka. I prawdę mówiąc wiedziałem, że raczej nic złego z ich strony mnie nie czeka. Profilaktycznie jednak ojca postanowiłem zostawić sobie na chwilę, gdy będę mógł w razie czego beztrosko się wyprowadzić. Mamie jednak musiałem powiedzieć. No i nie mówiłem. Dobry rok czekałem na odpowiednią okazję, zbierałem się w sobie i ćwiczyłem. W końcu to jednak zrobiłem. I był to najcięższy coming out jakiego dokonałem. Pierwszy raz rzeczywiście ryzykowałem stratą kogoś, pierwszy raz pojawiły się łzy. "Skąd ty możesz wiedzieć?", "może nie spotkałeś jeszcze odpowiedniej dziewczyny?", tak, to wszystko pojawiło się również. W końcu jednak zaczęła mama przyjmować to do siebie, a zajęło jej to dobry miesiąc albo i dwa. I dziś tylko wypytuje, kiedy w końcu znajdę sobie jakiegoś fajnego chłopaka. No a z ojcem mi się upiekło. Pewnego dnia po prostu przyznał się że wie, i to wie od dawna. I choć nie był zachwycony, a kilka jego doświadczeń życiowych sprawiło że był też uprzedzony, miał jednak sporo czasu by się z tym zmierzyć. A i możliwości też, bo ot na przykład brał on udział w Żywej Bibliotece jako 'książka' a tam skorzystał z okazji porozmawiania z naszymi KPH-owcami. I tak szczęśliwie skończyła się historia mojego outowania.
Kiedyś planowałem out totalny, po którym zamiast się outować po prostu żył bym swoim życiem i przed nikim się po prostu nie ukrywał. To będzie jednak musiało jeszcze trochę poczekać. Tymczasem zmieniłem ostatnio trochę swoje środowisko i chyba znów będzie trzeba się outować. Bez Endu.
A gdyby ktoś zapytał "po co to wszystko?" prawdopodobnie nie potrafił bym w pełni odpowiedzieć. Zwłaszcza, że żadne słowa tego tak na prawdę nie oddadzą. Mogę ci jednak powiedzieć na przykład, że żyjąc w ukryciu budujesz wokół siebie mur i odgradzasz się nim od wszystkich dookoła. I nawet twoja rodzina zaczyna się powoli od ciebie oddalać, tracisz kontakt i nie masz jak go odzyskać. I najlepszym pomysłem jest ten mur zburzyć. Ja dzięki temu mogę żyć jak chcę, wśród ludzi którzy mnie lubią i rozumieją, wśród ludzi, przed którymi nie muszę udawać. I nie ma tej presji, i pytań czy nadal by mnie lubili gdyby się dowiedzieli.
I wreszcie mogę być sobą.
David Engel - I am What I am (La Cage aux Folles)
Festiwal Równych Praw 04. Podsumowanie
Ja wiem, że chwaliłem i miło było, ale jak to mówią - się skończyło. Pora na kilka gorzkich słów przeplatanych konstruktywną krytyką.
- Parada - że trasa była nie tego już się żaliłem. Drugim minusem było "Radziszewska musi odejść" oraz "Homofobia, to się leczy". Nie żebym lubił Radziszewską i popierał ją na stanowisku, ale nie podoba mi się wchodzenie w politykę i taka prywata na boku. I kolejny raz rozmył się leitmotiv parady, tj "Żądamy ustawy o związkach partnerskich". W jednej z gazet nawet wyczytałem, że hasłem parady było właśnie "Radziszewska musi odejść" i "Wrocław miastem tolerancji". Nie będę tego w pełni krytykował, ale sprawa jest do przemyślenia i przedyskutowania. Za to "homofobia, to się leczy" rozsierdziło mnie już poważniej. Gdy patrzyło na nas całe miasto, a może i kraj - my traciliśmy czas i gardła na jakąś grupkę kmiotów, których powinniśmy ignorować. Nie wdawać się w pyskówki z fanatyczną mniejszością, a zająć się tymi, których rzeczywiście możemy przekonać. A dla naroli "talk to the hand".
I choć wszyscy znają dodam - nie dyskutuj z idiotą, bo wpierw sprowadzi cie do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem.
Osobiście wolę jednak "vituperatio stultorum laus est" - "obelga od głupca jest dla mnie komplementem".
- Debata - ok, ta była po prostu strasznie nudna. A jeśli do tego ktoś znał angielski (t.j. gro obecnych) to musiał słuchać tego samego po dwa razy. Poza tym czas przeznaczony na pytania był za krótki. Ja wiem, że nie każdy rodzi się mówcą, ale trochę lepiej by się jednak dało to zorganizować.
- Film - tu pcha mi się na usta przede wszystkim "za mało" - mamy taki festiwal raz w roku, a ograniczamy się do dwóch projekcji. A sala była na tyle mała, że oglądało się naprawdę fantastycznie i szkoda, że już drugi film puszczany był w jakimś molochu na końcu miasta w gwarze weekendowego piwkowania. I choć sala ma potencjał - trochę on się nam tym razem nie objawił. Słowem na kolejnym festiwalu chcę więcej filmów, w możliwie przytulnych miejscach i nie miałbym nic przeciwko ciekawej fabule, a nie tylko byle istotne było.
Ogólnie Festiwal wspominam bardzo dobrze. Uważam tylko, że mogło być jeszcze lepiej. Rozumiem, że dopiero zaczynamy i tyle doświadczenia nie mamy, żeby zaraz Love Parade urządzać, ale wiecznie na tej wymówce się jeździć nie da.
Mi osobiście zabrakło najbardziej (znaczy dotkliwie) jednego elementu. Niestety nie wiem jakiego. To znaczy czegoś, co pozwoliło by się jakoś zbratać, że gdy nie znam nikogo z ekipy, i wpadłem sam, to na wagę złota była by sposobność się jakoś zasymilować, zapoznać, skumplować, się wbić. Tyle że nie mam pojęcia jak takie coś powinno wyglądać. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to ja rozpaczliwie czekam z notatnikiem w dłoni.
- Parada - że trasa była nie tego już się żaliłem. Drugim minusem było "Radziszewska musi odejść" oraz "Homofobia, to się leczy". Nie żebym lubił Radziszewską i popierał ją na stanowisku, ale nie podoba mi się wchodzenie w politykę i taka prywata na boku. I kolejny raz rozmył się leitmotiv parady, tj "Żądamy ustawy o związkach partnerskich". W jednej z gazet nawet wyczytałem, że hasłem parady było właśnie "Radziszewska musi odejść" i "Wrocław miastem tolerancji". Nie będę tego w pełni krytykował, ale sprawa jest do przemyślenia i przedyskutowania. Za to "homofobia, to się leczy" rozsierdziło mnie już poważniej. Gdy patrzyło na nas całe miasto, a może i kraj - my traciliśmy czas i gardła na jakąś grupkę kmiotów, których powinniśmy ignorować. Nie wdawać się w pyskówki z fanatyczną mniejszością, a zająć się tymi, których rzeczywiście możemy przekonać. A dla naroli "talk to the hand".
I choć wszyscy znają dodam - nie dyskutuj z idiotą, bo wpierw sprowadzi cie do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem.
Osobiście wolę jednak "vituperatio stultorum laus est" - "obelga od głupca jest dla mnie komplementem".
- Debata - ok, ta była po prostu strasznie nudna. A jeśli do tego ktoś znał angielski (t.j. gro obecnych) to musiał słuchać tego samego po dwa razy. Poza tym czas przeznaczony na pytania był za krótki. Ja wiem, że nie każdy rodzi się mówcą, ale trochę lepiej by się jednak dało to zorganizować.
- Film - tu pcha mi się na usta przede wszystkim "za mało" - mamy taki festiwal raz w roku, a ograniczamy się do dwóch projekcji. A sala była na tyle mała, że oglądało się naprawdę fantastycznie i szkoda, że już drugi film puszczany był w jakimś molochu na końcu miasta w gwarze weekendowego piwkowania. I choć sala ma potencjał - trochę on się nam tym razem nie objawił. Słowem na kolejnym festiwalu chcę więcej filmów, w możliwie przytulnych miejscach i nie miałbym nic przeciwko ciekawej fabule, a nie tylko byle istotne było.
Ogólnie Festiwal wspominam bardzo dobrze. Uważam tylko, że mogło być jeszcze lepiej. Rozumiem, że dopiero zaczynamy i tyle doświadczenia nie mamy, żeby zaraz Love Parade urządzać, ale wiecznie na tej wymówce się jeździć nie da.
Mi osobiście zabrakło najbardziej (znaczy dotkliwie) jednego elementu. Niestety nie wiem jakiego. To znaczy czegoś, co pozwoliło by się jakoś zbratać, że gdy nie znam nikogo z ekipy, i wpadłem sam, to na wagę złota była by sposobność się jakoś zasymilować, zapoznać, skumplować, się wbić. Tyle że nie mam pojęcia jak takie coś powinno wyglądać. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to ja rozpaczliwie czekam z notatnikiem w dłoni.
Festiwal Równych Praw 03. Wykład, Film
W ostatnim dniu Festiwalu chciałem posłuchać wykładu o wartości gejowskiego rynku. Temat bądź co bądź ciekawy, jednak w tym czasie bardziej zajmowało mnie zamykanie zleceń, gospodarka odpadami, zasoby ludzkie, oraz praca, praca, praca. Swoją drogą to ciekawe, ilu spośród aktywistów zajmuje na co dzień stanowisko niekwalifikowanego pracownika fizycznego. Nie żebym nazywał się aktywistą, do tego mi daleko, chodzi mi bardziej o samą sytuację. Bo znów mam wrażenie, że jakoś nie pasuję i powinienem być jednak kimś innym. W tym konkretnym przypadku, skoro już jestem tym homoseksualistą, to czy nie powinienem bardziej siedzieć w szafie i wieczorami odwiedzać miejskie szalety w poszukiwaniu anonimowego seksu bez zobowiązań? Albo na odwrót, będąc samoświadomym gejem odróżniającym Freuda od Nietzschego oraz agnostycyzm od ateizmu ... czy aby na pewno powinienem być pracownikiem niskiego szczebla? I czy po przynajmniej trzykrotnym obejrzeniu Pleasantville nie powinienem sobie zdawać sprawy z tego, że "powinienem" nie istnieje? Ot zagwozdki egzystencjalizmu.
Na wykładzie mnie w każdym razie nie było.
Byłem za to na filmie. A był to film o doktorze Hirschfeldzie. Muszę przyznać, że postać okazała się całkiem na swój sposób ciekawa. Nie był to co prawda Kinsey, ale chyba jednak trudniej było być Hirschfeldem w czasach Hirschfelda niż Kinseyem w czasach Kinseya, jak mniemam. Film był całkiem fajnie nakręcony, co się Niemcom rzadko zdarza. Za to wstęp był nuuudny. A konkretniej przedmowa dotycząca samego Hirschfelda. Ot przedyktowana Wikipedia. Na szczęście druga cześć prelekcji - o reżyserze była całkiem fajna. A wszystko proszę ja was zaczęło się kawał czasu temu (w 2008), kiedy postanowiłem wpaść na wykład o gejowskim Breslau, a wymagało to wtedy trochę odwagi. I tam usłyszałem m.in. o Hirschfeldzie na tyle ciekawie, że na powyższy film chciałem się wybrać ot choćby podczas pobytu w Warszawie na EuroPride. Nie wyszło, więc gdy dowiedziałem się, że ten sam film będzie puszczany we Wrocku wiedziałem, że muszę na nim być. No i byłem. Nie było to żadne kino, więc wpierw promienie mętnego słońca, a później gwar tłumu lekko utrudniał wczucie się ... ale i tak było w porządku. Film nie pozwalał się nudzić, ciągle coś się działo. Poza tym pełny był erotyki, lecz nie tej nachalnej każącej przez pół godziny oglądać grę wstępną, wykorzystano każdy pretekst by pokazać trochę nagiego męskiego ciała, ale była to nagość klasyczna, piękna, erotyczna lecz nie pornograficzna i nie codzienna, a prawie że artystyczna. Pasował mi ten rodzaj estetyki. Ale co ja tam wiem.
Niestety było to kolejne tego typu wydarzenie, na którym wylądowałem zupełnie sam i o asymilacji nie było mowy. I choć coraz więcej ludzi zaczyna mnie kojarzyć z widzenia, to nadal przemykam bez słowa, jak lokalny upiór, o którym tylko legendy ... a nawet tyle nie. No i wyszedłem zaraz po filmie.
Za to od piątku zaczynam znów normalny cykl pracy, a to oznacza wolne weekendy. Najwyższy chyba czas będzie skoczyć na jakieś balety.
A tak swoją drogą chyba trzeba będzie się sprężyć i napisać jakiś ciekawy artykuł na Homiki (a może i InnąStronę i PolGeja?), bo czytają mnie już chyba tylko pająki i przydałby się jakiś marketing.
Na wykładzie mnie w każdym razie nie było.
Byłem za to na filmie. A był to film o doktorze Hirschfeldzie. Muszę przyznać, że postać okazała się całkiem na swój sposób ciekawa. Nie był to co prawda Kinsey, ale chyba jednak trudniej było być Hirschfeldem w czasach Hirschfelda niż Kinseyem w czasach Kinseya, jak mniemam. Film był całkiem fajnie nakręcony, co się Niemcom rzadko zdarza. Za to wstęp był nuuudny. A konkretniej przedmowa dotycząca samego Hirschfelda. Ot przedyktowana Wikipedia. Na szczęście druga cześć prelekcji - o reżyserze była całkiem fajna. A wszystko proszę ja was zaczęło się kawał czasu temu (w 2008), kiedy postanowiłem wpaść na wykład o gejowskim Breslau, a wymagało to wtedy trochę odwagi. I tam usłyszałem m.in. o Hirschfeldzie na tyle ciekawie, że na powyższy film chciałem się wybrać ot choćby podczas pobytu w Warszawie na EuroPride. Nie wyszło, więc gdy dowiedziałem się, że ten sam film będzie puszczany we Wrocku wiedziałem, że muszę na nim być. No i byłem. Nie było to żadne kino, więc wpierw promienie mętnego słońca, a później gwar tłumu lekko utrudniał wczucie się ... ale i tak było w porządku. Film nie pozwalał się nudzić, ciągle coś się działo. Poza tym pełny był erotyki, lecz nie tej nachalnej każącej przez pół godziny oglądać grę wstępną, wykorzystano każdy pretekst by pokazać trochę nagiego męskiego ciała, ale była to nagość klasyczna, piękna, erotyczna lecz nie pornograficzna i nie codzienna, a prawie że artystyczna. Pasował mi ten rodzaj estetyki. Ale co ja tam wiem.
Niestety było to kolejne tego typu wydarzenie, na którym wylądowałem zupełnie sam i o asymilacji nie było mowy. I choć coraz więcej ludzi zaczyna mnie kojarzyć z widzenia, to nadal przemykam bez słowa, jak lokalny upiór, o którym tylko legendy ... a nawet tyle nie. No i wyszedłem zaraz po filmie.
Za to od piątku zaczynam znów normalny cykl pracy, a to oznacza wolne weekendy. Najwyższy chyba czas będzie skoczyć na jakieś balety.
A tak swoją drogą chyba trzeba będzie się sprężyć i napisać jakiś ciekawy artykuł na Homiki (a może i InnąStronę i PolGeja?), bo czytają mnie już chyba tylko pająki i przydałby się jakiś marketing.
Festiwal Równych Praw 02. Debata, Film
Odbyła się również w ramach Festiwalu debata o metodach wprowadzania związków partnerskich w Holandii i Czechach. Zaproszono na tą okazję Holendra i Czeszkę, plus dla kontrastu reprezentację Grupy Inicjatywnej do Spraw Związków Partnerskich - znaczy naszych. Holender mówił treściwie, krótko i przejrzyście, dodając kilka interesujących wniosków (ale to później). Czeszka natomiast była jak Wikipedia. Znaczy bogata w fakty, które nikogo nie obchodzą. Potrafiła za to zażartować czasem, więc rozgrzeszam. Tomek Szypuła za to mówił fajnie, może nazbyt szczegółowo, ale po Jessice (znaczy owej Czeszce) nawet Tolkiena czytało by się lekko i przyjemnie. Słowem debatę rozliczam na plus, ciekawa do zobaczenia i być może usłyszenia kilku ciekawych faktów, mitów i rzeczy w ogóle.
No ale wnioski.
W debacie strasznie często pojawiało się słowo "lewica" to jednak uważam za fragment stronniczy i we wnioskach pominę. Stephen Geitenbeek omawiając techniki wprowadzania związków partnerskich w Holandii powiedział, że potrzebować będziemy pieniędzy, na wszystkie sprawy, gdy już zaczniemy pozwać wszystkich na prawo i lewo i dochodzić swoich praw. Nie specjalnie mi się to spodobało, bo wolał bym załatwić to mniej "po trupach", ale coś w tym jest, bo chyba powoli najwyższy czas przestać milczeć gdy wyzywają nas od pedałów i zacząć walczyć. Ciemno widzę zbiórkę pieniędzy w naszym środowisku LGBTIA, ale bądźmy dobrej myśli.
Drugą natomiast istotną radą Niderlandzkiego aktywisty była wskazówka, by wykorzystywać media. Znaczy nie dać się łapać na nieścisłościach, poznać ewentualne argumenty i nauczyć się je obalać. I trzeba przyznać, że była to nasza bardzo słaba strona. I gdy Pan Niemiec (tytuły kościelne mam tam, gdzie sam koncept Boga, więc żeby zachować poziom nie będę ich wyciągał) żalił się na ataki na niego a Pan Biedroń obrażał na swoich oponentów miło zaskoczyła mnie Pani Abramowicz, gdy podczas EuroPride wytłumaczyła mi wreszcie za pośrednikiem środków masowego przekazu skąd ta duma gejowska. A był to zawsze jeden z niewielu argumentów, które kładły mnie na łopatki zaskakując bez żadnej dobrej i ciętej riposty w zanadrzu, na szybkie obalenie argumentów. Krótko mówiąc wydaje mi się, że jesteśmy na coraz lepszej drodze.
Po debacie odbyła się projekcja filmu dokumentalnego "Suddenly Last Winter" z którego wynikało że bez względu na geograficzne położenie w temacie związków Włosi mają chyba jednak bardziej przesrane niż my. No ale co się dziwić - gdyby Włochy północne porównać do jednego pośladka, zaś Włochy północne do pośladka drugiego, to gdzieś między nimi znaleźć można ... pół kilometra kwadratowego Watykanu.
Film natomiast był w porządku i nawet zabawny momentami. Drobne zastrzeżenia do napisów, ale to zrozumiałe gdy coraz mniej ludzi zna ten barbarzyński język. Z resztą każdy wie, że tamtejsi ludzie są ciemniejsi od nas. A z innych ksenofobicznych dowcipów - kolejny Niemiec do spółki z Włochami stara się szerzyć jedyną słuszną ideologię.
Tymczasem spostrzeżenie - czemu na paradach to nie my krzyczymy "kto nie skacze jest pedałem"? Serio. Chciałbym zobaczyć jak się narole we własnej sieci szamoczą próbując skakać na naszą komendę zmuszani własną homofobią.
A na koniec kolejne wynalezione zdjęcie Miszki z daleka i to (z)bokiem.
No ale wnioski.
W debacie strasznie często pojawiało się słowo "lewica" to jednak uważam za fragment stronniczy i we wnioskach pominę. Stephen Geitenbeek omawiając techniki wprowadzania związków partnerskich w Holandii powiedział, że potrzebować będziemy pieniędzy, na wszystkie sprawy, gdy już zaczniemy pozwać wszystkich na prawo i lewo i dochodzić swoich praw. Nie specjalnie mi się to spodobało, bo wolał bym załatwić to mniej "po trupach", ale coś w tym jest, bo chyba powoli najwyższy czas przestać milczeć gdy wyzywają nas od pedałów i zacząć walczyć. Ciemno widzę zbiórkę pieniędzy w naszym środowisku LGBTIA, ale bądźmy dobrej myśli.
Drugą natomiast istotną radą Niderlandzkiego aktywisty była wskazówka, by wykorzystywać media. Znaczy nie dać się łapać na nieścisłościach, poznać ewentualne argumenty i nauczyć się je obalać. I trzeba przyznać, że była to nasza bardzo słaba strona. I gdy Pan Niemiec (tytuły kościelne mam tam, gdzie sam koncept Boga, więc żeby zachować poziom nie będę ich wyciągał) żalił się na ataki na niego a Pan Biedroń obrażał na swoich oponentów miło zaskoczyła mnie Pani Abramowicz, gdy podczas EuroPride wytłumaczyła mi wreszcie za pośrednikiem środków masowego przekazu skąd ta duma gejowska. A był to zawsze jeden z niewielu argumentów, które kładły mnie na łopatki zaskakując bez żadnej dobrej i ciętej riposty w zanadrzu, na szybkie obalenie argumentów. Krótko mówiąc wydaje mi się, że jesteśmy na coraz lepszej drodze.
Po debacie odbyła się projekcja filmu dokumentalnego "Suddenly Last Winter" z którego wynikało że bez względu na geograficzne położenie w temacie związków Włosi mają chyba jednak bardziej przesrane niż my. No ale co się dziwić - gdyby Włochy północne porównać do jednego pośladka, zaś Włochy północne do pośladka drugiego, to gdzieś między nimi znaleźć można ... pół kilometra kwadratowego Watykanu.
Film natomiast był w porządku i nawet zabawny momentami. Drobne zastrzeżenia do napisów, ale to zrozumiałe gdy coraz mniej ludzi zna ten barbarzyński język. Z resztą każdy wie, że tamtejsi ludzie są ciemniejsi od nas. A z innych ksenofobicznych dowcipów - kolejny Niemiec do spółki z Włochami stara się szerzyć jedyną słuszną ideologię.
Tymczasem spostrzeżenie - czemu na paradach to nie my krzyczymy "kto nie skacze jest pedałem"? Serio. Chciałbym zobaczyć jak się narole we własnej sieci szamoczą próbując skakać na naszą komendę zmuszani własną homofobią.
A na koniec kolejne wynalezione zdjęcie Miszki z daleka i to (z)bokiem.
Festiwal Równych Praw 01. Parada
Za nami drugi dzień Festiwalu Równych Praw - dla mnie pierwszy, bo praca, praca, praca. Z resztą pierwszy dzień kręcił się wkoło sportu, a ja o sporcie wiem tylko tyle, że ...
Dzisiaj odbyła się część kluczowa - Parada. To już druga we Wrocławiu, choć tym razem przygarnięta przez inny event. Festiwal Lesbijki Geje i Przyjaciele odbędzie się swoją drogą, ino później. Ale może napisze coś o paradzie.
Parada była ogólnie super, ludzi więcej, mniej zahukanych, i nawet bębny grały jakoś raźniej. Szpaler policji znów ilością podwajał liczbę demonstrantów, ale i tak było nas całkiem sporo. Od czasu do czasu spotykaliśmy na trasie małe grupki 'naroli' sprzeciwiające się zoofobii ... cóż, nie mam zamiaru odbierać im prawa do walki o swoje ... aczkolwiek nazwijmy zboczenie zboczeniem i zamknijmy w zakładzie zamkniętym.
Trasa Marszu budzi we mnie odczucia ambiwalentne, bo choć dłuższa niż zeszłoroczna, to jakaś taka tyłami cichcem. Ot dla przykładu odcinek ulicą Kazimierza Wielkiego (po staremu "W-Z") - z komunikacyjnego punktu widzenia ulica pewnie dość ważna, ale dookoła niej chyba żadnego zamieszkanego domu, ani rzeczywiście wychodzonego chodnika. Podobnie ul. Widok. Poza tym trasa zaczęła się pod pręgierzem - zeszłoroczna trasa zaczęła się od Szermierza (fontanny przy Uniwersytecie Wrocławskim) i to miało sens, bo jest li przecież Szermierz wpisany w gejowską historię Wrocławia, a pręgierz już mniej. Słowem trasa zeszłoroczna była moim zdaniem lepsza, odrobinę tylko za krótka.
Baner 'czołowy' oczywiście przyjechał z Warszawy po EuroPride z dołączonym gratis Abiektem. Będzie mi się taka woziła Warszawska bladź jedna, konkurencję robiła.
Oficjalne i z całego serca dziękuję bębniarzom z Krakowa goszczących u nas po raz drugi, za entuzjazm, moc, i wszystko w ogóle. No i niech im już będzie policji też.
Zwłaszcza że poleciało i kilka jaj ... także mogę powiedzieć że jaja były.
A jeśli ktoś zapyta - a jakiś dowód że byłeś masz? Cóż, zdjęć nie robiłem, bo wolę jednak przeżywać niż tracić chwilę na uwiecznianie. Ale na Homikach znalazłem dowód na moją tam bytność ...

... kto wypatrzy Miszę?
Po Paradzie miał miejsce panel o strategiach wprowadzania związków partnerskich w Holandii i Czechach, a później Włoski film dokumentalny, ale o tym napiszę już jutro, bo i jutro kilka atrakcji mam nadzieje mnie czeka.
Dzisiaj odbyła się część kluczowa - Parada. To już druga we Wrocławiu, choć tym razem przygarnięta przez inny event. Festiwal Lesbijki Geje i Przyjaciele odbędzie się swoją drogą, ino później. Ale może napisze coś o paradzie.
Parada była ogólnie super, ludzi więcej, mniej zahukanych, i nawet bębny grały jakoś raźniej. Szpaler policji znów ilością podwajał liczbę demonstrantów, ale i tak było nas całkiem sporo. Od czasu do czasu spotykaliśmy na trasie małe grupki 'naroli' sprzeciwiające się zoofobii ... cóż, nie mam zamiaru odbierać im prawa do walki o swoje ... aczkolwiek nazwijmy zboczenie zboczeniem i zamknijmy w zakładzie zamkniętym.
Trasa Marszu budzi we mnie odczucia ambiwalentne, bo choć dłuższa niż zeszłoroczna, to jakaś taka tyłami cichcem. Ot dla przykładu odcinek ulicą Kazimierza Wielkiego (po staremu "W-Z") - z komunikacyjnego punktu widzenia ulica pewnie dość ważna, ale dookoła niej chyba żadnego zamieszkanego domu, ani rzeczywiście wychodzonego chodnika. Podobnie ul. Widok. Poza tym trasa zaczęła się pod pręgierzem - zeszłoroczna trasa zaczęła się od Szermierza (fontanny przy Uniwersytecie Wrocławskim) i to miało sens, bo jest li przecież Szermierz wpisany w gejowską historię Wrocławia, a pręgierz już mniej. Słowem trasa zeszłoroczna była moim zdaniem lepsza, odrobinę tylko za krótka.
Baner 'czołowy' oczywiście przyjechał z Warszawy po EuroPride z dołączonym gratis Abiektem. Będzie mi się taka woziła Warszawska bladź jedna, konkurencję robiła.
Oficjalne i z całego serca dziękuję bębniarzom z Krakowa goszczących u nas po raz drugi, za entuzjazm, moc, i wszystko w ogóle. No i niech im już będzie policji też.
Zwłaszcza że poleciało i kilka jaj ... także mogę powiedzieć że jaja były.
A jeśli ktoś zapyta - a jakiś dowód że byłeś masz? Cóż, zdjęć nie robiłem, bo wolę jednak przeżywać niż tracić chwilę na uwiecznianie. Ale na Homikach znalazłem dowód na moją tam bytność ...
... kto wypatrzy Miszę?
Po Paradzie miał miejsce panel o strategiach wprowadzania związków partnerskich w Holandii i Czechach, a później Włoski film dokumentalny, ale o tym napiszę już jutro, bo i jutro kilka atrakcji mam nadzieje mnie czeka.
Wolontariat KPH
Za mną pierwsze spotkanie w sprawie wolontariatu w Kampanii Przeciw Homofobii. Czy coś z tego wyjdzie nie wiem, bo praca uniemożliwia mi zbyt luźną gospodarkę czasem, ale chyba warto spróbować. Chyba warto? W zasadzie myślałem o tym już od lat, tylko zawsze brakowało odwagi. Tym razem z resztą też, ale pomógł współudział Łukasza (za co mu serdecznie dziękuję). Na spotkaniu nie działo się praktycznie nic i nie jestem pewien co one w zasadzie mają na celu - a trzeba uczestniczyć w trzech przed właściwymi działaniami. Udało mi się za to zebrać kilka informacji co do planów Wrocławskiego KPH na nadchodzący rok akademicki (bo i żyjąc w takim mieście jak Wrocław trzeba liczyć się z tym, że czasami rok zaczyna się w październiku). A jakie te plany są?
- Debaty Oksfordzkie - pomysł został sprawdzony już wcześniej a i udało mi się kilka razy zobaczyć jak te debaty funkcjonują. Sam fakt, że były one Oksfordzkie przekonał mnie do wizyty i prawie że uczestnictwa, ale faktem jest, że uczestnicy rzadko byli biegli w erystyce, tak potrzebnej w tego typu debatach. Zatem pomysł powrotu do debat, tym jednak razem nie oksfordzkich uważam za warty sprawdzenia.
- Tęczowy Klub Filmowy - być nigdy nie byłem, ale zawsze bardzo chciałem. Jakoś się nie złożyło. Jednak osobiście uważam, że to chyba najciekawsza z wszystkich cyklicznych imprez KPH. Tym smutniej było słyszeć że stoi on pod znakiem zapytania. A to za sprawą problemów personalnych jak i lokalowych. Nie będę ukrywał, że po cichu już zaczynam rozważać opcję podjęcia tematu, bo i dobór tytułów dotychczas był lekko nietrafny, a i może to być całkiem nice things to do jak dla mnie. O ile oczywiście ... zobaczymy co pokaże przyszłość.
- Imprezy Kobiece - te nie są zagrożone niczym, bo i KPH jest jakby (na pierwszy rzut oka) mocno sfeminizowane. Ale to mnie nie specjalnie obchodzi. Tymczasem mam nadzieję na parytety i ciekaw jestem czy i jak może to wpłynąć na kalendarz imprez.
- Festiwal Równych Praw - a to już w tym miesiącu. I tym razem to ten festiwal będzie gościć Wrocławską Paradę (już drugą) gdy tymczasem pierwotny organizator - festiwal "Lesbijki, Geje i Przyjaciele" ma zamiar się zakademizować. Cały festiwal ma zająć 3 dni i zawierać kilka całkiem ciekawych atrakcji, w tym rzeczoną paradę. Program w razie czego oczywiście na sajcie wydarzenia.
Nadal główną bolączką KPH jest nieumiejętność komunikacji z szerokim światem, więc próżno szukać informacji na ich stronie jeśli nie masz akurat pod ręką co najmniej kwadransa wolnego czasu. Informacje zawarte na stronie festiwalu pokazują również że i komunikacja w zakresie KPH bywa ograniczona, bo nie znajdziemy tam n.p. informacji gdzie właściwie odbywa się fizycznie Otwarty Dzień Sportu (a to już za tydzień przecież) ale do tej komunikacyjnej bolączki KPH nas już przyzwyczaiło. Mam jednak cichą nadzieję, że tym razem zamiast tylko wiecznie narzekać - uda mi się coś ... spróbować zrobić.
Tymczasem na dobry dzień feministyczny anthem
Eurythmics & Aretha Franklin - Sisters Are Doin' It For Themselves
- Debaty Oksfordzkie - pomysł został sprawdzony już wcześniej a i udało mi się kilka razy zobaczyć jak te debaty funkcjonują. Sam fakt, że były one Oksfordzkie przekonał mnie do wizyty i prawie że uczestnictwa, ale faktem jest, że uczestnicy rzadko byli biegli w erystyce, tak potrzebnej w tego typu debatach. Zatem pomysł powrotu do debat, tym jednak razem nie oksfordzkich uważam za warty sprawdzenia.
- Tęczowy Klub Filmowy - być nigdy nie byłem, ale zawsze bardzo chciałem. Jakoś się nie złożyło. Jednak osobiście uważam, że to chyba najciekawsza z wszystkich cyklicznych imprez KPH. Tym smutniej było słyszeć że stoi on pod znakiem zapytania. A to za sprawą problemów personalnych jak i lokalowych. Nie będę ukrywał, że po cichu już zaczynam rozważać opcję podjęcia tematu, bo i dobór tytułów dotychczas był lekko nietrafny, a i może to być całkiem nice things to do jak dla mnie. O ile oczywiście ... zobaczymy co pokaże przyszłość.
- Imprezy Kobiece - te nie są zagrożone niczym, bo i KPH jest jakby (na pierwszy rzut oka) mocno sfeminizowane. Ale to mnie nie specjalnie obchodzi. Tymczasem mam nadzieję na parytety i ciekaw jestem czy i jak może to wpłynąć na kalendarz imprez.
- Festiwal Równych Praw - a to już w tym miesiącu. I tym razem to ten festiwal będzie gościć Wrocławską Paradę (już drugą) gdy tymczasem pierwotny organizator - festiwal "Lesbijki, Geje i Przyjaciele" ma zamiar się zakademizować. Cały festiwal ma zająć 3 dni i zawierać kilka całkiem ciekawych atrakcji, w tym rzeczoną paradę. Program w razie czego oczywiście na sajcie wydarzenia.
Nadal główną bolączką KPH jest nieumiejętność komunikacji z szerokim światem, więc próżno szukać informacji na ich stronie jeśli nie masz akurat pod ręką co najmniej kwadransa wolnego czasu. Informacje zawarte na stronie festiwalu pokazują również że i komunikacja w zakresie KPH bywa ograniczona, bo nie znajdziemy tam n.p. informacji gdzie właściwie odbywa się fizycznie Otwarty Dzień Sportu (a to już za tydzień przecież) ale do tej komunikacyjnej bolączki KPH nas już przyzwyczaiło. Mam jednak cichą nadzieję, że tym razem zamiast tylko wiecznie narzekać - uda mi się coś ... spróbować zrobić.
Tymczasem na dobry dzień feministyczny anthem
Eurythmics & Aretha Franklin - Sisters Are Doin' It For Themselves
HeteroNorma
Kolejne trudne słowo gejowskiej propagandy i homoseksualnej retoryki. Co to znowu takiego? Co oni znowu wymyślili? I po jaką cholerę w ogóle o tym mówić?
Tak sobie tylko podpuszczam na dobry początek.
Nie jestem pewien czy po kilku miesiącach nadal można nazywać pracę "nową", ale dla mnie taka poniekąd jest, bo ciągle jeszcze odkrywam nowe rzeczy. Wczoraj na przykład okryłem jak ludzie reagują na agnostyka w swoim otoczeniu. No dobra, może
przyrównywanie Jana Pawła II do Kaszpirowskiego było mocno niedelikatne, no ale cóż, w dyskusjach zbyt delikatny nie bywam. Zresztą dobrze jej tak - chciała mnie podejść tym protekcjonalnym tonem w stylu "a co ty możesz o życiu wiedzieć".
No ale dobra, bo temat ... tego samego dnia za sprawą jakiejś nieścisłości w krążących plotkach dowiedziałem się że w najbliższym czasie się żenię. To w każdym razie okazało się dobrym pretekstem do rozmów o małżeństwie, dzieciach i innych tego typu. A przypomnę, że w robocie pierwszego dnia dostałem szafkę, do której się przed pracą dokładnie pakuję*. Dowiedziałem się na przykład że mój współpracownik ma dwójkę dzieci, choć jest w moim wieku. Hmm, chyba powinienem częściej z ludźmi rozmawiać zamiast się snobistycznie zamyślać. Zapytano jednak i mnie kiedy się żenię, czy planuję dzieci i w ogóle tego typu rzeczy wymagające całego mnóstwa nieścisłości by odpowiedzi pozostawały wiarygodne i szczere zarazem bez odkrywania pewnych aspektów mojego życia ... (N.p. tego że jestem GEJEM).
I nikt ani przez chwilę nie pomyślał by zapytać czy planuję kiedyś wyjść za mąż, dla przykładu. Nikt nigdy nie pytał czy mam chłopaka, ale czy mam dziewczynę to i owszem. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał, że może jednak ...
Raport Kinseya mówi, że geje stanowią 10% męskiej populacji, inne, wiarygodniejsze raporty mówią o 5%, Paul Cameron o 2%. I gdybyśmy nawet rozważali ostatnią opcję, to jest to do cholery jeden mężczyzna, na ich pięćdziesięciu - to nie jest jakaś szalona mniejszość, tylko normalna część naszego zwykłego życia. 2% To przynajmniej jedna osoba w pracy, 20% to kolega ze szkoły średniej, 10% to najlepszy kumpel od lat. A mimo to ludzie zapytają wyłącznie o to, czy masz dziewczynę. I to jest właśnie owa heteronorma.
I to wcale nie takie wąskie zjawisko. W podobny sposób nikt nie zauważa, że możesz wierzyć w innego boga. W podobny sposób nikt nie zapyta niepełnosprawnego o jego życie seksualne. W podobny sposób nikt nie zastanawia się nad tym, że ludzie starsi ... że ludzie starsi robią czy robili kiedykolwiek cokolwiek innego poza gadaniem o bogu, chorobach i ciągłym zapominaniu wszystkiego. A już nie daj Alanie Turingu robili coś szalonego. A przecież robili.
Jakiś miesiąc czy dwa temu natknąłem się na gejowskim portalu randkowym na profil typa po 70, mieszkającego w mniejszym miasteczku i szukającego chłopaka, który (co podkreślił) nie jest smutasem. A przecież mogłeś dopiero minąć tego dziadka na ulicy myśląc jedynie że z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo.
Heteronorma to zjawisko dotyczące nie tylko homoseksualizmu, i tylko ciekawi mnie skąd to się bierze? Przecież żaden z nas tak na prawdę nie mieści się w średniej statystycznej - każdy w jakimś punkcie swojego życia wybiega daleko poza ogólnie przyjętą normę. A mimo to nie dostrzegamy możliwości, że robią to i inni.
Co zaś do Jana Pawła II - kilka wieków temu Jan Kochanowski napisał:
Świętym Cię zwać nie mogę; Ojcem się nie wstydzę,
kiedy, wielki kapłanie syny Twoje widzę.
I choć nie imputuję jakoby JP II utrzymywał z kimkolwiek kontakty seksualne, do świętości mu nadal daleko.
Cytat dnia:
Masturbacja ma się tak do seksu jak filozofia do rzeczywistości.
Karol Marks (i gdyby to chociaż kto inny powiedział)
* Ot kolejny żart o szafie
Tak sobie tylko podpuszczam na dobry początek.
Nie jestem pewien czy po kilku miesiącach nadal można nazywać pracę "nową", ale dla mnie taka poniekąd jest, bo ciągle jeszcze odkrywam nowe rzeczy. Wczoraj na przykład okryłem jak ludzie reagują na agnostyka w swoim otoczeniu. No dobra, może
przyrównywanie Jana Pawła II do Kaszpirowskiego było mocno niedelikatne, no ale cóż, w dyskusjach zbyt delikatny nie bywam. Zresztą dobrze jej tak - chciała mnie podejść tym protekcjonalnym tonem w stylu "a co ty możesz o życiu wiedzieć".
No ale dobra, bo temat ... tego samego dnia za sprawą jakiejś nieścisłości w krążących plotkach dowiedziałem się że w najbliższym czasie się żenię. To w każdym razie okazało się dobrym pretekstem do rozmów o małżeństwie, dzieciach i innych tego typu. A przypomnę, że w robocie pierwszego dnia dostałem szafkę, do której się przed pracą dokładnie pakuję*. Dowiedziałem się na przykład że mój współpracownik ma dwójkę dzieci, choć jest w moim wieku. Hmm, chyba powinienem częściej z ludźmi rozmawiać zamiast się snobistycznie zamyślać. Zapytano jednak i mnie kiedy się żenię, czy planuję dzieci i w ogóle tego typu rzeczy wymagające całego mnóstwa nieścisłości by odpowiedzi pozostawały wiarygodne i szczere zarazem bez odkrywania pewnych aspektów mojego życia ... (N.p. tego że jestem GEJEM).
I nikt ani przez chwilę nie pomyślał by zapytać czy planuję kiedyś wyjść za mąż, dla przykładu. Nikt nigdy nie pytał czy mam chłopaka, ale czy mam dziewczynę to i owszem. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał, że może jednak ...
Raport Kinseya mówi, że geje stanowią 10% męskiej populacji, inne, wiarygodniejsze raporty mówią o 5%, Paul Cameron o 2%. I gdybyśmy nawet rozważali ostatnią opcję, to jest to do cholery jeden mężczyzna, na ich pięćdziesięciu - to nie jest jakaś szalona mniejszość, tylko normalna część naszego zwykłego życia. 2% To przynajmniej jedna osoba w pracy, 20% to kolega ze szkoły średniej, 10% to najlepszy kumpel od lat. A mimo to ludzie zapytają wyłącznie o to, czy masz dziewczynę. I to jest właśnie owa heteronorma.
I to wcale nie takie wąskie zjawisko. W podobny sposób nikt nie zauważa, że możesz wierzyć w innego boga. W podobny sposób nikt nie zapyta niepełnosprawnego o jego życie seksualne. W podobny sposób nikt nie zastanawia się nad tym, że ludzie starsi ... że ludzie starsi robią czy robili kiedykolwiek cokolwiek innego poza gadaniem o bogu, chorobach i ciągłym zapominaniu wszystkiego. A już nie daj Alanie Turingu robili coś szalonego. A przecież robili.
Jakiś miesiąc czy dwa temu natknąłem się na gejowskim portalu randkowym na profil typa po 70, mieszkającego w mniejszym miasteczku i szukającego chłopaka, który (co podkreślił) nie jest smutasem. A przecież mogłeś dopiero minąć tego dziadka na ulicy myśląc jedynie że z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo.
Heteronorma to zjawisko dotyczące nie tylko homoseksualizmu, i tylko ciekawi mnie skąd to się bierze? Przecież żaden z nas tak na prawdę nie mieści się w średniej statystycznej - każdy w jakimś punkcie swojego życia wybiega daleko poza ogólnie przyjętą normę. A mimo to nie dostrzegamy możliwości, że robią to i inni.
Co zaś do Jana Pawła II - kilka wieków temu Jan Kochanowski napisał:
Świętym Cię zwać nie mogę; Ojcem się nie wstydzę,
kiedy, wielki kapłanie syny Twoje widzę.
I choć nie imputuję jakoby JP II utrzymywał z kimkolwiek kontakty seksualne, do świętości mu nadal daleko.
Cytat dnia:
Masturbacja ma się tak do seksu jak filozofia do rzeczywistości.
Karol Marks (i gdyby to chociaż kto inny powiedział)
* Ot kolejny żart o szafie
Drag Queen
Wreszcie udało mi się zobaczyć występ Drag Queen. Wszystko odbyło się w klubie Lemoniada, który jest w zasadzie heterycką knajpą, ale na prawdę trudno mi sobie wyobrazić heteryków bawiących się w tych zbyt na nich stylowych pomieszczeniach. Jedyny ślad heteronatury lokalu to scena porno narysowana na ścianie toalety.
Był to jakiś gay wtorek z karaoke czy jakaś inna cykliczna imprezka, i muszę stwierdzić, ze na puszczanej tam muzyce się nie zawiodłem. Same gejowskie klasyki.
Nastał wreszcie występ drag queen Camili ...
Nie miałem okazji zobaczyć zbyt wiele tego występu bo moi towarzysze musieli rano dnia następnego osiedlić swoje boxy metrami sześciennymi ciężkiej pracy. To co zobaczyłem nie jest więc ostateczną opinią.
Facet przebrany za babę już dawno nie robi na mnie wrażenia. Za dużo filmów. Lip sync już dawno mi się przejadł. Za dużo internetu. Charakteryzacja choć ekstremalna też nie budziła wielkiego zachwytu. Za dużo Lady Gagi. Muszę jednak przyznać, że jeden plusik dla występu przyszedł z całkiem nieoczekiwanej strony - muzyka muzyką, ale kiedy słysząc ją widzimy również osobę ją wykonującą (choćby i tylko udawała) pozwala to ukierunkować radość z muzyki wprost na tą osobę. Słowem choć piosenki znałem i nic na mnie wrażenia nie robiło, bawiłem się świetnie. A to przecież ostatecznie właśnie o to chodzi.
Jako że szalone rzeczy to moja specjalność, i gdy raz dziennie czegoś takiego nie zrobię czuje się źle - podszedłem do baru i poprosiłem o herbatę ... przez sekundę dało się dostrzec w oku barmana bezdźwięczną niepewność, czy aby na pewno dobrze usłyszał ... okazało się jednak że nie mieli. Zdarzyło mi się raz tak zaszaleć w całkiem heteryckiej knajpie i tam herbatę mieli. W mojej ocenie brak herbaty w lokalu to spory minus. W końcu nigdy nie wiesz, kiedy zdarzy się odszczepieniec.
Jadąc na spotkanie przejeżdżałem przez (niegdyś plac) Bema. Remont na skrzyżowaniu dobiegał końca a szum serwerów Google i Naszej-Klasy zdawał się elektryzować powietrze jak burza z piorunami. Oświetlenie skrzyżowania było jakieś nietypowe, iluminujące również przewody tramwajowej sieci trakcyjnej rozwieszonej nad ulicami. Siatka, na której przewody są rozwieszone była tak gęsta i regularna, że wyglądała jak wielka techno pajęczyna i wierzcie lub nie - wydała mi się bardzo słodka, nietypowa i dająca wrażenie zadaszenia powierzchni, co oczywiście nie jest najlepsze w środku miasta, ale jednocześnie daje to wrażenie, że jesteśmy daleko od standardu. I było to moje pierwsze oczarowanie tego wieczoru.
Drugie oczarowanie przyszło już późno w nocy, gdy udało mi się przypadkiem dotrzeć na dworzec PKS, który jak się okazało był równocześnie tymczasową pętlą nocnej komunikacji autobusowej. Ktoś jednak wymyślił, że wszystkie autobusy ruszać będą z pętli o równych godzinach. Nie mnie spierać się na ile jest to logiczne i logistyczne posunięcie, jednak jednoczesny wyjazd kolumny autobusów w puste ulice nocnego miasta ...
Był to jakiś gay wtorek z karaoke czy jakaś inna cykliczna imprezka, i muszę stwierdzić, ze na puszczanej tam muzyce się nie zawiodłem. Same gejowskie klasyki.
Nastał wreszcie występ drag queen Camili ...
Nie miałem okazji zobaczyć zbyt wiele tego występu bo moi towarzysze musieli rano dnia następnego osiedlić swoje boxy metrami sześciennymi ciężkiej pracy. To co zobaczyłem nie jest więc ostateczną opinią.
Facet przebrany za babę już dawno nie robi na mnie wrażenia. Za dużo filmów. Lip sync już dawno mi się przejadł. Za dużo internetu. Charakteryzacja choć ekstremalna też nie budziła wielkiego zachwytu. Za dużo Lady Gagi. Muszę jednak przyznać, że jeden plusik dla występu przyszedł z całkiem nieoczekiwanej strony - muzyka muzyką, ale kiedy słysząc ją widzimy również osobę ją wykonującą (choćby i tylko udawała) pozwala to ukierunkować radość z muzyki wprost na tą osobę. Słowem choć piosenki znałem i nic na mnie wrażenia nie robiło, bawiłem się świetnie. A to przecież ostatecznie właśnie o to chodzi.
Jako że szalone rzeczy to moja specjalność, i gdy raz dziennie czegoś takiego nie zrobię czuje się źle - podszedłem do baru i poprosiłem o herbatę ... przez sekundę dało się dostrzec w oku barmana bezdźwięczną niepewność, czy aby na pewno dobrze usłyszał ... okazało się jednak że nie mieli. Zdarzyło mi się raz tak zaszaleć w całkiem heteryckiej knajpie i tam herbatę mieli. W mojej ocenie brak herbaty w lokalu to spory minus. W końcu nigdy nie wiesz, kiedy zdarzy się odszczepieniec.
Jadąc na spotkanie przejeżdżałem przez (niegdyś plac) Bema. Remont na skrzyżowaniu dobiegał końca a szum serwerów Google i Naszej-Klasy zdawał się elektryzować powietrze jak burza z piorunami. Oświetlenie skrzyżowania było jakieś nietypowe, iluminujące również przewody tramwajowej sieci trakcyjnej rozwieszonej nad ulicami. Siatka, na której przewody są rozwieszone była tak gęsta i regularna, że wyglądała jak wielka techno pajęczyna i wierzcie lub nie - wydała mi się bardzo słodka, nietypowa i dająca wrażenie zadaszenia powierzchni, co oczywiście nie jest najlepsze w środku miasta, ale jednocześnie daje to wrażenie, że jesteśmy daleko od standardu. I było to moje pierwsze oczarowanie tego wieczoru.
Drugie oczarowanie przyszło już późno w nocy, gdy udało mi się przypadkiem dotrzeć na dworzec PKS, który jak się okazało był równocześnie tymczasową pętlą nocnej komunikacji autobusowej. Ktoś jednak wymyślił, że wszystkie autobusy ruszać będą z pętli o równych godzinach. Nie mnie spierać się na ile jest to logiczne i logistyczne posunięcie, jednak jednoczesny wyjazd kolumny autobusów w puste ulice nocnego miasta ...
EuroPride 05. Doktor X*
Na miesiąc przed planowanym wybyciem do Warszawy szukałem kogoś, kto by lub to ze mną do niej pojechał, lub choć po niej oprowadził. Z wszystkich możliwości został ostatecznie tylko Doktor X – mój były, jednostka nad wyraz ryzykowna. No i zgodził się on pójść ze mną na Paradę (choć przy zastrzeżeniu, że nie ubierze się na różowo, ani haseł krzyczeć nie będzie). Ba, zaoferował nawet nocleg, gdyż jego rodzice wyjechali gdzieś w Polskę. W dniu, kiedy przyjechałem był akurat zajęty, więc dopiero po koncercie się u niego znalazłem. Gdy jednak zaczął się następny dzień Doktor X wyraźnie zakomunikował że na Paradę nie idzie. Poniekąd zrozumiałem, bo i kontrmanifestacje miały być niebezpieczne, a i Doktor X siedzi w szafie głębiej niż zimowe rękawiczki w środku lipca. Trudno, poszedłem sam. Gdy jednak wracałem już z Parady napisał mi on, bym zjadł gdzieś na mieście. A warto zaznaczyć, że byłem już wtedy w drodze, gdzieś na blokowiskach Pragi, nie znając miasta i mając do dyspozycji wyłącznie plan miasta. Po kilku sms-ach okazało się ponadto, że lepiej bym nie tylko zjadł na mieście, ale i w ogóle nie wracał do 21:00, bo go w domu nie ma. A ja nadal wyłącznie z planem miasta i niczym więcej. A przecież trochę zamarudziłem na mieście, bo komunikacja z powodu Parady powariowała i nie wiedziałem jak wracać. Gdybym zatem dorwał autobus zaraz po paradzie … szkoda gadać. No ale dobra, zjadłem coś i całkiem przypadkiem znalazłem się akurat pod Muzeum Narodowym, które było przecież w moich planach. Do tego miało być wyjątkowo otwarte jeszcze przez godzinę. Udało się, widać wcale aż taki homme fatale nie jestem. Akcja jednak zagęściła się kolejnego dnia. Okazało się, że z wycieczki po Warszawie również nici. Czemu? Nie wiem do dziś, się widać chłopak mnie wstydził czy coś. Obejrzałem zatem Alicję w Krainie Czarów z nim wraz, zaraz po której dowiedziałem się za to, że ma wpaść jego kolega i muszę już jechać. Na początku pomyślałem że żartuje, ale ewidentnie nie żartował. Przepraszać też nie miał zamiaru, oświadczył tylko „musisz już jechać” jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie i na tym się skończyło. W swej uprzejmości natomiast przekazał mi spis pociągów do Wrocławia. Wybrakowany spis warto dodać, bo było na nim może dziesięć pozycji, a przed wyjazdem sprawdzałem przecież pociągi i było ich co najmniej trzy razy więcej. Poprosiłem zatem Doktora X, bym mógł sam sprawdzić rozkład na jego kompie. W odpowiedzi dostałem tylko wyrzut że przecież dał mi rozkład. Po pół godzinie udało mi się wreszcie wyżebrać to sprawdzenie i rzeczywiście pociągów było o wiele więcej. A była to godzina 18:00 a ja chciałem jeszcze o 21:00 być na Nowym Świecie. Wychodząc dowiedziałem się jeszcze od Doktora X, że nie możemy być dalej przyjaciółmi, bo przyjaźń opiera się przecież na zaufaniu, a ja w sprawie tego rozkładu ewidentnie mu nie ufałem.
Eee?
Wyszedłem.
* Imię zostało zmienione na prośbę zainteresowanego.
Eee?
Wyszedłem.
* Imię zostało zmienione na prośbę zainteresowanego.
EuroPride 04. Pride House
Gdy trafiłem tam miałem jeszcze godzinę do przedstawienia, oraz cztery godziny do pociągu do Wrocławia. Sam Pride House rozgościł się w najwyraźniej gejowskim barze Nowy Wspaniały Świat. Nie specjalnie znam się na gejowskich barach, bo do niedawna we Wrocku mieliśmy tylko kluby. W każdym razie wydaje mi się, że było całkiem sympatycznie. Na pytanie czy herbatę wolę w filiżance czy czajniczku uśmiechnąłem się z przekąsem do siebie. Oczywiście, że wybrałem czajniczek.
Nadmienić warto, że jeśli chodzi o stand up, to wychowywałem się na klasykach. George Carlin do dziś jest moim największym autorytetem w sprawach wszelkich. Nie spodziewałem się zatem czegoś rzeczywiście śmiesznego. Kilka fag joke'ów, jakieś sprytne spostrzeżenie, nuda. Okazało się jednak, że miło się zaskoczyłem. Występowało panów w sumie trzech i każdy z nich potrafił doprowadzić mnie do szczerego śmiechu. Oczywiście nie był to poziom mistrzów, ale był śmieszny i to się liczy. Prywatnie cieszy mnie, że rzeczywiście zaczynamy się powoli za stand up brać, zamiast ciągle produkować te już dawno nieśmieszne kabaretowe scenki rodzajowe. Tym bardziej cieszy, że zaczyna nam to wychodzić, bo mainstreamowy stand up jest tu tak samo badziewny, jak wszystkie kabarety. Dlatego właśnie wielkie brawa dla wszystkich występujących tego wieczoru w Nowym Wspaniałym Świecie, oraz dla tego, kto wymyślił by właśnie tego rodzaju event urządzić.
Jak wszystko co dobre występ szybko się skończył. Skończyła się też moja wizyta.
Jeszcze przed wyjściem odwiedziłem tylko toaletę, a tam dźwięki z kabiny ewidentnie świadczyły o odbywających się tam relacjach oralnych. Nie jest to jednak uwaga krytyczna, bo nie specjalnie mam coś na przeciwko, ot, luźne spostrzeżenie.
Rozumiem ideę pikiety w ciężkich czasach przeszłości, dziś jest to wysiłek jednak jakby zbędny. Mamy przecież swoje domy i spore przyzwolenie na pełną dowolność kontaktów międzyludzkich. Czemu zatem nadal nosimy ze sobą te pikiety? Tak już zostanie na zawsze? Nie krytykuję - pytam - Czemu?
W ramach podsumowania muszę stwierdzić, że wszystkie wydarzenia Euro Pride'u w których brałem udział były rewelacyjne, warte zobaczenia i warte wspominania. Lokalizacja całego wydarzenia była nie najlepsza, i to mnie trochę smuci, bo jest to w końcu Stolica mojego kraju. Samo zwiedzenie Warszawy było jednak ciekawym doświadczeniem. Jedyne czego żałuję, że nie miałem jakiegoś autochtona, który by mi to miasto rzeczywiście pokazał. Bo może miałem po prostu pecha? Nie zobaczyłem ani Starego Miasta, ani Łazienek, ani tych wszystkich zakątków, które (być może) warto zwiedzić. A teraz szansa pewnie przepadła, bo nie wiem czy po tych wszystkich doświadczeniach moja ciekawość nadal wystarczy, by się pchać w tą daleką jednak drogę.
Sukcesem jednak było że się w Warszawie pojawiłem i dałem sobie radę nie skończywszy w końcu na zamknięciu się w hotelu. Był to przecież jeden z celów wyprawy – zobaczyć wreszcie stolicę, pojechać samemu do wielkiego miasta i dać sobie radę. Nigdy nie byłem przecież za granicą, a największe zwiedzone do tej pory miasto, to moje własne. A i musiałem się zmierzyć nie tylko z miastem, ale i z samym sobą – mną aspołecznym i bojaźliwym. Oczywiście nadal byłem aspołeczny i bojaźliwy, ale mimo tych cech dałem sobie radę.
W sumie wydałem prawie połowę wypłaty na tą atrakcję (jeśli całość przeliczyć na złotówki) a nadal się opłacało, choć już w mniej wymiernych walutach.
Wypad miał jeszcze jeden wymiar – ten prywatny, ten jednak zostawię sobie na potem, już po podsumowaniu.
Nadmienić warto, że jeśli chodzi o stand up, to wychowywałem się na klasykach. George Carlin do dziś jest moim największym autorytetem w sprawach wszelkich. Nie spodziewałem się zatem czegoś rzeczywiście śmiesznego. Kilka fag joke'ów, jakieś sprytne spostrzeżenie, nuda. Okazało się jednak, że miło się zaskoczyłem. Występowało panów w sumie trzech i każdy z nich potrafił doprowadzić mnie do szczerego śmiechu. Oczywiście nie był to poziom mistrzów, ale był śmieszny i to się liczy. Prywatnie cieszy mnie, że rzeczywiście zaczynamy się powoli za stand up brać, zamiast ciągle produkować te już dawno nieśmieszne kabaretowe scenki rodzajowe. Tym bardziej cieszy, że zaczyna nam to wychodzić, bo mainstreamowy stand up jest tu tak samo badziewny, jak wszystkie kabarety. Dlatego właśnie wielkie brawa dla wszystkich występujących tego wieczoru w Nowym Wspaniałym Świecie, oraz dla tego, kto wymyślił by właśnie tego rodzaju event urządzić.
Jak wszystko co dobre występ szybko się skończył. Skończyła się też moja wizyta.
Jeszcze przed wyjściem odwiedziłem tylko toaletę, a tam dźwięki z kabiny ewidentnie świadczyły o odbywających się tam relacjach oralnych. Nie jest to jednak uwaga krytyczna, bo nie specjalnie mam coś na przeciwko, ot, luźne spostrzeżenie.
Rozumiem ideę pikiety w ciężkich czasach przeszłości, dziś jest to wysiłek jednak jakby zbędny. Mamy przecież swoje domy i spore przyzwolenie na pełną dowolność kontaktów międzyludzkich. Czemu zatem nadal nosimy ze sobą te pikiety? Tak już zostanie na zawsze? Nie krytykuję - pytam - Czemu?
W ramach podsumowania muszę stwierdzić, że wszystkie wydarzenia Euro Pride'u w których brałem udział były rewelacyjne, warte zobaczenia i warte wspominania. Lokalizacja całego wydarzenia była nie najlepsza, i to mnie trochę smuci, bo jest to w końcu Stolica mojego kraju. Samo zwiedzenie Warszawy było jednak ciekawym doświadczeniem. Jedyne czego żałuję, że nie miałem jakiegoś autochtona, który by mi to miasto rzeczywiście pokazał. Bo może miałem po prostu pecha? Nie zobaczyłem ani Starego Miasta, ani Łazienek, ani tych wszystkich zakątków, które (być może) warto zwiedzić. A teraz szansa pewnie przepadła, bo nie wiem czy po tych wszystkich doświadczeniach moja ciekawość nadal wystarczy, by się pchać w tą daleką jednak drogę.
Sukcesem jednak było że się w Warszawie pojawiłem i dałem sobie radę nie skończywszy w końcu na zamknięciu się w hotelu. Był to przecież jeden z celów wyprawy – zobaczyć wreszcie stolicę, pojechać samemu do wielkiego miasta i dać sobie radę. Nigdy nie byłem przecież za granicą, a największe zwiedzone do tej pory miasto, to moje własne. A i musiałem się zmierzyć nie tylko z miastem, ale i z samym sobą – mną aspołecznym i bojaźliwym. Oczywiście nadal byłem aspołeczny i bojaźliwy, ale mimo tych cech dałem sobie radę.
W sumie wydałem prawie połowę wypłaty na tą atrakcję (jeśli całość przeliczyć na złotówki) a nadal się opłacało, choć już w mniej wymiernych walutach.
Wypad miał jeszcze jeden wymiar – ten prywatny, ten jednak zostawię sobie na potem, już po podsumowaniu.
EuroPride 03. Parada, Muzeum Narodowe
Z odręcznie narysowaną mapką ruszyłem zatem na Plac Bankowy. Zgodnie ze wskazówkami wysiadłem z metra na przystanku Ratusz-Arsenał i ruszyłem za kolorowymi grupkami ludzi. Po wyjściu na powierzchnię z każdej możliwej strony widać było tylko tłum. Wpłynąłem zatem na ludzkiego przestwór oceanu. Jakiś dziennikarz przepytywał jakiegoś staruszka – wulkan sodomii – dosłyszałem i tak rozbawiony ruszyłem w kierunku już wyraźnie widocznej platformy. Sam czułem się lekko nieswojo – samemu, w wielkim i nie swoim mieście w tłumie tak kolorowym jak w doniesieniach TVP. Moje doświadczenie ogranicza się do jednej parady we Wrocławiu, a był to przecież inny typ parady – bez zabawy, sam marsz, z możliwie wyraźnym wkurwem na twarzy. Parada walcząca. Tu natomiast muzyka, półnadzy chłopcy, drag queens i wszystko to, czego w Modzie na Sukces nie zobaczysz. I wszyscy z uśmiechami na twarzach, bawiący się, wyluzowani. Piękne. Jak bardzo musiałem się wizualnie wyróżniać z tłumu – spięty i samotny, wolę nawet nie wiedzieć. Trudno jednak było nie dać się porwać temu optymizmowi. Zwłaszcza że nie oglądam telewizji. Wcześniej tego dnia zadzwonił do mnie ojciec trochę jakby przytłoczony informacjami o kontrmanifestacjach z nakazem, bym w razie czego nie zgrywał bohatera, tylko uciekał. Znaczy że media szykowały się najwidoczniej na armagedon i wojnę pedalsko-naziolską - Stonewall – pomyślałem z nutką ekscytacji. A wyszło oczywiście jak zwykle. Zamiast wielkich kontrdemonstracji mała grupka z transparencikami „stop homo” i jeden „zakaz pedałowania”. I to tyle? Czułem się zawiedziony. Znajomi pytali później o jajka, które leciały w tłum, a ja musiałem z zażenowaniem odpowiadać, że żadnych jajek nie było.
Nie wiem dokładnie ile było platform, wiem tylko, że za dużo. Parada kończyła się gdzieś na Googlu, a za nią była jeszcze przynajmniej jedna, jeśli nie dwie. London Gay Men's Chorus zaintonował piosenkę z „Rentu”, jednak gdy z każdej strony otoczyły ich głośne od disco platformy klubowe dali sobie spokój i poprzestali na maszerowaniu i machaniu. Ja w tym czasie dostawałem po twarzy tęczową flagą od pozbawionego koszulki typa przede mną.
Parada bawiła się świetnie, a i ja bawiłem się świetnie. Ludzie śmiali się i machali do gapiów, a gapie odmachiwali. Kiś grubasek tańczył w samych slipach gdzieś na balkonie, a przerwane atrakcją dinner party wychylały się przez okna raz z optymizmem, raz bez, a czasem po prostu z zaciekawieniem. Koniec trasy znajdował się na Placu Konstytucji i tam też Parada dorwała hydrant zwilżający nagrzane letnie powietrze. Woda lała się wszędzie i na każdego, ci którzy mieli komu przekazać swoje komórki tańczyli przy samym hydrancie jak na konkursie mokrego podkoszulka.
Z platform znów leciało disco.
Kolejnym obowiązkowym punktem wypadu do Stolicy było Muzeum Narodowe, a jednak ostatecznie trafiłem tam jednak bardziej przez przypadek. Na starcie powitał mnie wykrywacz metalu, którego bardziej spodziewał bym się w Pałacu Kultury dzień wcześniej, ale widać ostatnio jest moda na zamachy w muzeach. Na przykład ten na Zachęcie 88 lat temu …
Wystawę udało mi się zwiedzić w godzinę, co znaczy, że eksponatów było jakby trochę mało, ale to jakoś mnie nie zaskoczyło. Zresztą miałem tylko godzinę do zamknięcia muzeum, więc jak to mówią - każdy kij ma swoje dobre strony. Trudno mi oceniać sztukę, bom strasznym abnegatem w tym temacie, żeby nie mówić że taki ze mnie prosty chłopak z prowincji. Aktów było trochę za dużo. Plakatów filmowych za mało. Sztuka lesbijska wywołała u mnie mieszane uczucia. Znaczy takie, w których szok mieszał się z przerażeniem. A był i jeden obraz, który mnie oczarował. Niestety nie pamiętam ani tytułu, ani autora, pozostaje mi zatem tylko wciąż coraz bardziej idealizowane wspomnienie. Wystawa była warta zobaczenia, szkoda tylko, że po przejściu jej pozostaje myśl – a gdzie reszta?
Co zaś się tyczy przedstawień św. Sebastiana zdecydowanie polecam tę pozycję:
Lilies - Les Feluettes [HomoCinema]
Lilies - Les Feluettes [FilmWeb]
Nie wiem dokładnie ile było platform, wiem tylko, że za dużo. Parada kończyła się gdzieś na Googlu, a za nią była jeszcze przynajmniej jedna, jeśli nie dwie. London Gay Men's Chorus zaintonował piosenkę z „Rentu”, jednak gdy z każdej strony otoczyły ich głośne od disco platformy klubowe dali sobie spokój i poprzestali na maszerowaniu i machaniu. Ja w tym czasie dostawałem po twarzy tęczową flagą od pozbawionego koszulki typa przede mną.
Parada bawiła się świetnie, a i ja bawiłem się świetnie. Ludzie śmiali się i machali do gapiów, a gapie odmachiwali. Kiś grubasek tańczył w samych slipach gdzieś na balkonie, a przerwane atrakcją dinner party wychylały się przez okna raz z optymizmem, raz bez, a czasem po prostu z zaciekawieniem. Koniec trasy znajdował się na Placu Konstytucji i tam też Parada dorwała hydrant zwilżający nagrzane letnie powietrze. Woda lała się wszędzie i na każdego, ci którzy mieli komu przekazać swoje komórki tańczyli przy samym hydrancie jak na konkursie mokrego podkoszulka.
Z platform znów leciało disco.
Kolejnym obowiązkowym punktem wypadu do Stolicy było Muzeum Narodowe, a jednak ostatecznie trafiłem tam jednak bardziej przez przypadek. Na starcie powitał mnie wykrywacz metalu, którego bardziej spodziewał bym się w Pałacu Kultury dzień wcześniej, ale widać ostatnio jest moda na zamachy w muzeach. Na przykład ten na Zachęcie 88 lat temu …
Wystawę udało mi się zwiedzić w godzinę, co znaczy, że eksponatów było jakby trochę mało, ale to jakoś mnie nie zaskoczyło. Zresztą miałem tylko godzinę do zamknięcia muzeum, więc jak to mówią - każdy kij ma swoje dobre strony. Trudno mi oceniać sztukę, bom strasznym abnegatem w tym temacie, żeby nie mówić że taki ze mnie prosty chłopak z prowincji. Aktów było trochę za dużo. Plakatów filmowych za mało. Sztuka lesbijska wywołała u mnie mieszane uczucia. Znaczy takie, w których szok mieszał się z przerażeniem. A był i jeden obraz, który mnie oczarował. Niestety nie pamiętam ani tytułu, ani autora, pozostaje mi zatem tylko wciąż coraz bardziej idealizowane wspomnienie. Wystawa była warta zobaczenia, szkoda tylko, że po przejściu jej pozostaje myśl – a gdzie reszta?
Co zaś się tyczy przedstawień św. Sebastiana zdecydowanie polecam tę pozycję:
Lilies - Les Feluettes [HomoCinema]
Lilies - Les Feluettes [FilmWeb]
EuroPride 02. Pride House, Pałac Kultury
Już pierwszego dnia los, czas, dezinformacja oraz ciekawość zaprowadziły mnie do zorganizowanego na okazję Parady Pride House'u. Wiele czasu nie miałem, toteż nie specjalnie go zwiedziłem, ale wróciłem tam innego dnia inną porą, więc i o nim kilka słów jeszcze nadmienię. Nabyłem tam jednak książkę „Homo Warszawa”. Nie specjalnie po to by ją czytać, bo co mnie to właściwie obchodzi, ale pamiątka z tego jak znalazł zważywszy okoliczności mego w Warszawie pobytu. I muszę przyznać, że jest to jedna z najładniej wydanych książek jakie w życiu widziałem. Na pamiątkach się nie oszczędza, więc książka jest w twardej oprawie, ale jaka to oprawa? Wyraźne, piękne kolory, wzór niczego sobie, sam projekt, wszystko. Dopiero zawartość tej okładki psuje efekt. Nie znam się na tego typu wydawnictwach i jak przewodnik powinien wyglądać nie mam pojęcia. No chyba że taki żywy przewodnik, to taki to ja wiem jak powinien wyglądać. Spodziewałbym się jednak opisu punktów kluczowych, czy coś w ten deseń, leksykon taki, a tu żeby się do opisu dostać trzeba wpierw zabłądzić w masie niepowiązanej treści. Pomysł sprowadzenia Warszawy do czterech tras jest być może praktyczny jeśli rzeczywiście chce się je zwiedzać, a i ma wystarczająco czasu między przystankami by miast zwiedzać czytać, ale mało to jednak praktyczne, gdy turysta chciałby zobaczyć po prostu jakieś konkretne miejsca.
Słowem książka najlepiej nadaje się na półkę, zważywszy jednak, że taki właśnie los od początku dla niej szykowałem zdecydowanie spełnia oczekiwania.
Gdyby kiedyś na przykład powstał "Homo Wrocław" ...
„Następnie sforsowano drzwi pokoju SA Obergruppenführera Heinesa - ten spał ze swoim adiutantem, chłopakiem z Wrocławia - sportowcem-szermierzem, który pozował do rzeźby „Szermierz" (Fechter) dłuta Hugo Lederera, stojącej do dzisiaj na dziedzińcu Uniwersytetu Wrocławskiego. Hitler widząc ich nago dostał ataku histerii, zasłaniając oczy i wrzeszcząc, a wściekły, wyrwany ze snu Edmund Heines, myśląc, że narada już się rozpoczęła bez niego, zaczął się z Hitlerem po prostu kłócić. Przedstawienie przerwał Krüger, kładąc trupem kochanka Heinesa. Dowódcę SA we Wrocławiu wywleczono z pokoju i zrzucono ze schodów. Strzał zaalarmował pozostałych gości, zaczęli wybiegać z pokojów prosto pod ogień SS-manów. W trakcie jatki zastrzelono ponad dwadzieścia osób. Ich ciała wyniesiono na podwórze. Reszta egzekucji na uczestnikach zjazdu w Bad Wiessee odbyła się w Monachium.”
Tomir A. Drymer „75. rocznica Nocy Długich Noży”
Polgej.pl 30 czerwiec 2009
Pierwszym 'must tu see' eventem EuroPride był koncert dwóch gejowskich chórów - London Gay Men's Chorus i Stockholms Gaykör. Nakreślmy trochę okoliczności – o 6am kończyłem pracę i by być w Warszawie na czas praktycznie zrezygnowałem ze snu. Byłem zatem po ośmiu godzinach pracy, dwóch godzinach pakowania, sześciu godzinach jazdy pociągiem i trzech godzinach pobytu w Warszawie. Niewiele pozostawało we mnie energii by przetrwać dwa męskie chóry, jak bardzo by światowe nie były, na szczęście jednak przetrwałem. Na początek jednak bilet … zamówiłem go kilka dni wcześniej via internet, żeby przypadkiem nie skończyć kupując od koników za bezcen biletów w miejscach na jaskółce. Niestety nie doczytałem maila, że trzeba go wydrukować i dostarczyć, na miejscu pozostawało mi zatem tylko kupić go ponownie. Bilet, nie maila. Za uparty jestem by się wycofać. Miejsca jak miejsca, byle nie z tyłu, byle nie z przodu, choć i tak jakiego bym biletu nie kupił stopień zapełnienia sali pozwalał mi usiąść nawet i w pierwszym miejscu. Uczciwy jednak jestem, zresztą i tak wiedziałem że gdzie bym nie siadł, najbardziej głośna i przeszkadzająca grupa widzów będzie siedziała akurat obok mnie. Ta na którą trafiłem wyglądała w dodatku, jak by ich na chwilę porwać ze stadionowej napierdalanki, a po koncercie odstawić.
Koncert połączony był z rozdaniem Hiacyntów – nagród … nie wiem za co właściwie, powiedzmy zatem, że dla zasłużonych. Większości nazwisk nie znałem w ogóle a dowcipy były drętwe, a i przemowy tym bardziej. Na szczęście pojawiła się też jakaś Brytyjka w typie 'dyke on acid', która przynajmniej dowcipy miała zabawne. No i dwa znane mi nazwiska – Holland i Giersz. Jak nam się pani Holland zasłużyła nie wiem, choć kino GTM znam dość dobrze, no ale kto wie, coś mogłem przegapić. I jest wreszcie pan Giersz. Tak, ta nagroda była zdecydowanie zasłużona. O człowieku z wszystkich doniesień prasowych mam mieszane uczucia – ale jak ktoś zamiast gadać bierze się do roboty, to jak by tej roboty nie robił, ma u mnie wielkiego plusa. I jeśli mnie zapytacie, to takich właśnie ludzi nam potrzeba więcej. Mamy pyskatych aktywistów, zrzędliwych blogerów, żywiołowe organizacje oraz Parady Równości, a tylko zwykłych ludzi jakoś brak.
No a w przerwie nagród wreszcie koncert. Na pierwszy ogień Stockholms Gaykör, którego ckliwe piosenki w niezrozumiałym języku prawie doprowadziły mnie do przedsennej agonii. Gdy jednak zaintonowali „Every Sperm is Sacred” z „Sensu Życia Wg Monty Pythona” nie tylko ja, ale jakby cała sala wróciła do życia. Wykonania komentować nie będę, bo w końcu konkurowali z mistrzami, ale dla samego faktu warto było dotrwać. London Gay Men's Chorus postawił na musicale. Niestety nie te, które chciałbym usłyszeć, więc znów zasnąć było by dobrym pomysłem. Dopiero na Paradzie … ale to później. Udało im się jednak tamtego wieczora w końcu zabłysnąć, choć niestety nie pamiętam czym … to chyba była Britney … . Na koniec oba chóry wykonały wspólnie „Hej Sokoły” nad wyraz czystą polszczyzną, tym razem zawiodły „masy” na widowni, bo chóralne „hej” przebrzmiewało w ciszy bezskutecznie czekając na „hej” z publiczności.
Summa summarum było oczywiście warto, nawet za podwójną opłatą. Organizatorzy jednak zasłużyli na lanie.
A tak na marginesie – dobrym zwyczajem jest najpierw zapraszać osobę wręczającą nagrodę, a dopiero wtedy nagradzanego. Myślę że kłopotliwy efekt odwrócenia kolejności był widoczny już po pierwszym Hiacyncie, a pewnie i jeszcze na próbach, no ale niektórzy się ewidentnie nie uczą nawet na swoich błędach.
Oby tylko jutro, na Pardzie, nie padało ...
Słowem książka najlepiej nadaje się na półkę, zważywszy jednak, że taki właśnie los od początku dla niej szykowałem zdecydowanie spełnia oczekiwania.
Gdyby kiedyś na przykład powstał "Homo Wrocław" ...
„Następnie sforsowano drzwi pokoju SA Obergruppenführera Heinesa - ten spał ze swoim adiutantem, chłopakiem z Wrocławia - sportowcem-szermierzem, który pozował do rzeźby „Szermierz" (Fechter) dłuta Hugo Lederera, stojącej do dzisiaj na dziedzińcu Uniwersytetu Wrocławskiego. Hitler widząc ich nago dostał ataku histerii, zasłaniając oczy i wrzeszcząc, a wściekły, wyrwany ze snu Edmund Heines, myśląc, że narada już się rozpoczęła bez niego, zaczął się z Hitlerem po prostu kłócić. Przedstawienie przerwał Krüger, kładąc trupem kochanka Heinesa. Dowódcę SA we Wrocławiu wywleczono z pokoju i zrzucono ze schodów. Strzał zaalarmował pozostałych gości, zaczęli wybiegać z pokojów prosto pod ogień SS-manów. W trakcie jatki zastrzelono ponad dwadzieścia osób. Ich ciała wyniesiono na podwórze. Reszta egzekucji na uczestnikach zjazdu w Bad Wiessee odbyła się w Monachium.”
Tomir A. Drymer „75. rocznica Nocy Długich Noży”
Polgej.pl 30 czerwiec 2009
Pierwszym 'must tu see' eventem EuroPride był koncert dwóch gejowskich chórów - London Gay Men's Chorus i Stockholms Gaykör. Nakreślmy trochę okoliczności – o 6am kończyłem pracę i by być w Warszawie na czas praktycznie zrezygnowałem ze snu. Byłem zatem po ośmiu godzinach pracy, dwóch godzinach pakowania, sześciu godzinach jazdy pociągiem i trzech godzinach pobytu w Warszawie. Niewiele pozostawało we mnie energii by przetrwać dwa męskie chóry, jak bardzo by światowe nie były, na szczęście jednak przetrwałem. Na początek jednak bilet … zamówiłem go kilka dni wcześniej via internet, żeby przypadkiem nie skończyć kupując od koników za bezcen biletów w miejscach na jaskółce. Niestety nie doczytałem maila, że trzeba go wydrukować i dostarczyć, na miejscu pozostawało mi zatem tylko kupić go ponownie. Bilet, nie maila. Za uparty jestem by się wycofać. Miejsca jak miejsca, byle nie z tyłu, byle nie z przodu, choć i tak jakiego bym biletu nie kupił stopień zapełnienia sali pozwalał mi usiąść nawet i w pierwszym miejscu. Uczciwy jednak jestem, zresztą i tak wiedziałem że gdzie bym nie siadł, najbardziej głośna i przeszkadzająca grupa widzów będzie siedziała akurat obok mnie. Ta na którą trafiłem wyglądała w dodatku, jak by ich na chwilę porwać ze stadionowej napierdalanki, a po koncercie odstawić.
Koncert połączony był z rozdaniem Hiacyntów – nagród … nie wiem za co właściwie, powiedzmy zatem, że dla zasłużonych. Większości nazwisk nie znałem w ogóle a dowcipy były drętwe, a i przemowy tym bardziej. Na szczęście pojawiła się też jakaś Brytyjka w typie 'dyke on acid', która przynajmniej dowcipy miała zabawne. No i dwa znane mi nazwiska – Holland i Giersz. Jak nam się pani Holland zasłużyła nie wiem, choć kino GTM znam dość dobrze, no ale kto wie, coś mogłem przegapić. I jest wreszcie pan Giersz. Tak, ta nagroda była zdecydowanie zasłużona. O człowieku z wszystkich doniesień prasowych mam mieszane uczucia – ale jak ktoś zamiast gadać bierze się do roboty, to jak by tej roboty nie robił, ma u mnie wielkiego plusa. I jeśli mnie zapytacie, to takich właśnie ludzi nam potrzeba więcej. Mamy pyskatych aktywistów, zrzędliwych blogerów, żywiołowe organizacje oraz Parady Równości, a tylko zwykłych ludzi jakoś brak.
No a w przerwie nagród wreszcie koncert. Na pierwszy ogień Stockholms Gaykör, którego ckliwe piosenki w niezrozumiałym języku prawie doprowadziły mnie do przedsennej agonii. Gdy jednak zaintonowali „Every Sperm is Sacred” z „Sensu Życia Wg Monty Pythona” nie tylko ja, ale jakby cała sala wróciła do życia. Wykonania komentować nie będę, bo w końcu konkurowali z mistrzami, ale dla samego faktu warto było dotrwać. London Gay Men's Chorus postawił na musicale. Niestety nie te, które chciałbym usłyszeć, więc znów zasnąć było by dobrym pomysłem. Dopiero na Paradzie … ale to później. Udało im się jednak tamtego wieczora w końcu zabłysnąć, choć niestety nie pamiętam czym … to chyba była Britney … . Na koniec oba chóry wykonały wspólnie „Hej Sokoły” nad wyraz czystą polszczyzną, tym razem zawiodły „masy” na widowni, bo chóralne „hej” przebrzmiewało w ciszy bezskutecznie czekając na „hej” z publiczności.
Summa summarum było oczywiście warto, nawet za podwójną opłatą. Organizatorzy jednak zasłużyli na lanie.
A tak na marginesie – dobrym zwyczajem jest najpierw zapraszać osobę wręczającą nagrodę, a dopiero wtedy nagradzanego. Myślę że kłopotliwy efekt odwrócenia kolejności był widoczny już po pierwszym Hiacyncie, a pewnie i jeszcze na próbach, no ale niektórzy się ewidentnie nie uczą nawet na swoich błędach.
Oby tylko jutro, na Pardzie, nie padało ...
EuroPride 01. Warszawa
Po sześciu godzinach podróży pociąg z piskiem wjechał na stację Warszawa Centralna. Pierwszym wrażeniom Warszawy towarzyszył mrok podziemi oraz zapach kebabów sprzedawanych w każdym możliwym punkcie dworca. Chwilę później dołączył do tego zapach moczu, a gdy dotarłem na powierzchnię również mieszanka woni spalin i parafiny. Podobno każde miasto ma swój specyficzny zapach. Tak, ten na pewno był specyficzny. Za to budynek dworca niejednemu architektowi musi się śnić w najgorszych koszmarach.
Jak świat długi i szeroki od kiedy pierwsze pociągi zaczęły wtaczać się na pierwsze perony każde miasto dbało by dworzec dech zapierał, gdyż jest to w końcu pierwszy budynek, który podróżny zobaczy. I dziś on Nowego Jorku po Wrocław dworce muszą być olśniewające. To samo zresztą od Moskwy po Paryż spotkało również metro. Nie w Warszawie.
Z oddali dało się słyszeć klakson. Chwilę zajęło mi by ów dziwny dźwięk zidentyfikować. Niby znam, ale już kawał czasu słyszeć nie miałem okazji. No ale te dziury w drogach tłumaczą wszystko i usprawiedliwią każdego..
Nieopodal stał dumnie Pałac Kultury swoim czubkiem może chmur nie drapiąc, ale lekko wodząc po nich tym dotykiem, który drażni niedostatkiem. I choć tyle przekleństw pod jego adresem słyszałem muszę przyznać, że nawet mi się spodobał. Nawet jeśli wygląda jak wielkie betonowe „fuck you” wymierzone w całą resztę kraju z Warszawą włącznie. A jednak miał coś, co tak rzadko się dziś spotyka, żeby nie mówić że w ogóle – kształt. Budynek Lotu zaraz obok skwapliwie to przypomina samemu wyglądając jak wagon Popularnych bez filtra.
Komunikacja miejska … te same tramwaje, które w Warszawie wożą ludzi z pracy na zakupy, we Wrocławiu lądują jako zabytki na trasach turystycznych. Autobusy, które codziennie przemierzają Pragę i Plac Washingtona we 'Wrocku' dawno zostały by wycofane z użytku. Jedynym zaskoczeniem było metro – takie inne, nowe, dla mnie nietypowe, a do tego jakże elektroniczne, z bramkami, biletami, ruchomymi schodami, automatami … i tylko jedną trasą. Jak byłem dzieckiem miałem kolejkę o bardziej rozwiniętej trasie, bo w końcu jeździła w kółko, a nie tylko tam i z powrotem. Zważywszy, że chyba wszystkie środki komunikacji poruszają się w Warszawie jedynie w liniach prostych można uznać, że miasto zwyczajową łamigłówkę komunikacyjną sprowadziło do formy krzyżówki.
6 pionowo: Odbiła mu palma – Nowy Świat.
Nie znajdziesz we Wrocławiu ruchomych schodów, po których się chodzi – po to właśnie są one ruchome, żeby nie trzeba było chodzić. Niektórym się jednak widać spieszy bardziej niż innym. Ostatecznie będą musieli później czekać na autobus, tracąc ten czas, który zyskali na ruchomych schodach, ale nie ma problemu, odrobią go wsiadając doń nim inni z niego wysiądą. Cóż, że kultura jest słabą stroną Warszawiaków to mnie nie dziwi, ale że logiczne myślenie również … no ale jak się nad tym zastanowić to mówimy o największym i najpewniej najlepiej opłacanym miastem w kraju, w którym do dziś w centrum jest więcej dziur, niż Wrocław miał na peryferiach jeszcze dekadę temu. Jeśli Warszawiacy tak długo dają się w konia przez władzę robić, to już na starcie nie najlepiej świadczy o ich poziomie IQ.
Ciekawym jest czym żywi się populacja zamieszkująca to wielkie miasto (zwane przez niektórych największą wsią jaką w życiu widzieli). Przez trzy długie dni zdarzyło mi się kilka razy stołować w stolicy i spostrzeżenia me optymizmem nie napawają. Na przystawkę poszła najgorsza pizza mej egzystencji, jednak następnego dnia wynik zremisowała inna sieciowa Pizzeria gdzieś na Pradze. Trzeciego dnia jednak więcej czasu spędziłem na Nowym Świecie, ot w celach obserwacyjno-poznawczych, oraz dlatego, że mój gospodarz … mniejsza. Na początek zatem restauracyjka Corleone zaserwowała mi obrzydliwe Tagliatelle ze szpinakiem wprost z mikrofali. Widać kucharz zginął w mafijnych porachunkach. Sieciowa cukiernia Blikle zaserwowała mi eklerki, które nie smakowały jak eklerki i z pewnością nie kosztowały jak eklerki, zaś kultura obsługi świadczyła o korzeniach firmy gdzieś w głębokim PRL-u. Na koniec wreszcie Nowy Wspaniały Świat, który knajpką był sympatyczną, jednak wszamane tam do herbaty brownies były tak ohydnie słodkie, że już wolał bym jeszcze raz zjeść tamto tagliatelle. Zresztą przez chwilę groziło realne niebezpieczeństwo, że rzeczywiście owe znów skosztuje, tym jednak razem w odwrotnym kierunku.
I gdy udało mi się w końcu kupić bilet stanąłem przed bramką do metra. Miejscowi walili z każdej strony, bardziej wolnym biegiem niż szybkim chodem, waląc na te bramki jak bydło spuszczone z zagrody na amerykańskich westernach, przelatując po czytniku to portfelem, to całym plecakiem, co dalej otwierało bramkę. Ja nie miałem ani plecaka pod ręką, ani nic innego, czym mógłbym chodziarz naśladować obrządek tutejszej kultury, na szczęście okazało się, że jest i opcja dla obcych. „Wsadź bilet do czytnika paskiem magnetycznym do góry” głosił komunikat. Tłum dostrzegł najwidoczniej, żem turysta czy obcy jakiś, bo przetłaczać zaczęli się przez sąsiednie bramki. Wartki prąd ludzi przelewał się teraz z obu moich stron z siłą gotową stratować niejednego kowboja. Po chwili znalazłem pasek magnetyczny i zacząłem zastanawiać się gdzie jest przód biletu a gdzie tył, by poprawnie go do maszyny wsadzić. Tłum wzbijał tumany kurzu wzbudzając niepokój w każdym niewtajemniczonym obserwatorze, zaś tętent kroków przyspieszał bicie serca jak techno gdy w klubie staniesz zaraz obok głośnika.
Wsadziłem bilet, pokonałem bramkę, przetrwałem.
Nie tylko bramkę, Warszawę również.
VENI , VIDI , VIXI! Cytując parafrazę.
A może parafrazując cytat?
Jak świat długi i szeroki od kiedy pierwsze pociągi zaczęły wtaczać się na pierwsze perony każde miasto dbało by dworzec dech zapierał, gdyż jest to w końcu pierwszy budynek, który podróżny zobaczy. I dziś on Nowego Jorku po Wrocław dworce muszą być olśniewające. To samo zresztą od Moskwy po Paryż spotkało również metro. Nie w Warszawie.
Z oddali dało się słyszeć klakson. Chwilę zajęło mi by ów dziwny dźwięk zidentyfikować. Niby znam, ale już kawał czasu słyszeć nie miałem okazji. No ale te dziury w drogach tłumaczą wszystko i usprawiedliwią każdego..
Nieopodal stał dumnie Pałac Kultury swoim czubkiem może chmur nie drapiąc, ale lekko wodząc po nich tym dotykiem, który drażni niedostatkiem. I choć tyle przekleństw pod jego adresem słyszałem muszę przyznać, że nawet mi się spodobał. Nawet jeśli wygląda jak wielkie betonowe „fuck you” wymierzone w całą resztę kraju z Warszawą włącznie. A jednak miał coś, co tak rzadko się dziś spotyka, żeby nie mówić że w ogóle – kształt. Budynek Lotu zaraz obok skwapliwie to przypomina samemu wyglądając jak wagon Popularnych bez filtra.
Komunikacja miejska … te same tramwaje, które w Warszawie wożą ludzi z pracy na zakupy, we Wrocławiu lądują jako zabytki na trasach turystycznych. Autobusy, które codziennie przemierzają Pragę i Plac Washingtona we 'Wrocku' dawno zostały by wycofane z użytku. Jedynym zaskoczeniem było metro – takie inne, nowe, dla mnie nietypowe, a do tego jakże elektroniczne, z bramkami, biletami, ruchomymi schodami, automatami … i tylko jedną trasą. Jak byłem dzieckiem miałem kolejkę o bardziej rozwiniętej trasie, bo w końcu jeździła w kółko, a nie tylko tam i z powrotem. Zważywszy, że chyba wszystkie środki komunikacji poruszają się w Warszawie jedynie w liniach prostych można uznać, że miasto zwyczajową łamigłówkę komunikacyjną sprowadziło do formy krzyżówki.
6 pionowo: Odbiła mu palma – Nowy Świat.
Nie znajdziesz we Wrocławiu ruchomych schodów, po których się chodzi – po to właśnie są one ruchome, żeby nie trzeba było chodzić. Niektórym się jednak widać spieszy bardziej niż innym. Ostatecznie będą musieli później czekać na autobus, tracąc ten czas, który zyskali na ruchomych schodach, ale nie ma problemu, odrobią go wsiadając doń nim inni z niego wysiądą. Cóż, że kultura jest słabą stroną Warszawiaków to mnie nie dziwi, ale że logiczne myślenie również … no ale jak się nad tym zastanowić to mówimy o największym i najpewniej najlepiej opłacanym miastem w kraju, w którym do dziś w centrum jest więcej dziur, niż Wrocław miał na peryferiach jeszcze dekadę temu. Jeśli Warszawiacy tak długo dają się w konia przez władzę robić, to już na starcie nie najlepiej świadczy o ich poziomie IQ.
Ciekawym jest czym żywi się populacja zamieszkująca to wielkie miasto (zwane przez niektórych największą wsią jaką w życiu widzieli). Przez trzy długie dni zdarzyło mi się kilka razy stołować w stolicy i spostrzeżenia me optymizmem nie napawają. Na przystawkę poszła najgorsza pizza mej egzystencji, jednak następnego dnia wynik zremisowała inna sieciowa Pizzeria gdzieś na Pradze. Trzeciego dnia jednak więcej czasu spędziłem na Nowym Świecie, ot w celach obserwacyjno-poznawczych, oraz dlatego, że mój gospodarz … mniejsza. Na początek zatem restauracyjka Corleone zaserwowała mi obrzydliwe Tagliatelle ze szpinakiem wprost z mikrofali. Widać kucharz zginął w mafijnych porachunkach. Sieciowa cukiernia Blikle zaserwowała mi eklerki, które nie smakowały jak eklerki i z pewnością nie kosztowały jak eklerki, zaś kultura obsługi świadczyła o korzeniach firmy gdzieś w głębokim PRL-u. Na koniec wreszcie Nowy Wspaniały Świat, który knajpką był sympatyczną, jednak wszamane tam do herbaty brownies były tak ohydnie słodkie, że już wolał bym jeszcze raz zjeść tamto tagliatelle. Zresztą przez chwilę groziło realne niebezpieczeństwo, że rzeczywiście owe znów skosztuje, tym jednak razem w odwrotnym kierunku.
I gdy udało mi się w końcu kupić bilet stanąłem przed bramką do metra. Miejscowi walili z każdej strony, bardziej wolnym biegiem niż szybkim chodem, waląc na te bramki jak bydło spuszczone z zagrody na amerykańskich westernach, przelatując po czytniku to portfelem, to całym plecakiem, co dalej otwierało bramkę. Ja nie miałem ani plecaka pod ręką, ani nic innego, czym mógłbym chodziarz naśladować obrządek tutejszej kultury, na szczęście okazało się, że jest i opcja dla obcych. „Wsadź bilet do czytnika paskiem magnetycznym do góry” głosił komunikat. Tłum dostrzegł najwidoczniej, żem turysta czy obcy jakiś, bo przetłaczać zaczęli się przez sąsiednie bramki. Wartki prąd ludzi przelewał się teraz z obu moich stron z siłą gotową stratować niejednego kowboja. Po chwili znalazłem pasek magnetyczny i zacząłem zastanawiać się gdzie jest przód biletu a gdzie tył, by poprawnie go do maszyny wsadzić. Tłum wzbijał tumany kurzu wzbudzając niepokój w każdym niewtajemniczonym obserwatorze, zaś tętent kroków przyspieszał bicie serca jak techno gdy w klubie staniesz zaraz obok głośnika.
Wsadziłem bilet, pokonałem bramkę, przetrwałem.
Nie tylko bramkę, Warszawę również.
VENI , VIDI , VIXI! Cytując parafrazę.
A może parafrazując cytat?
Blog
Od dłuższego już czasu noszę się z myślą o założeniu bloga. Nie pierwszy to mój blog oczywiście, bo w moim wieku wypada mieć już kilka nieudanych doświadczeń związanych z internetem, ale o tym innym razem. W każdym razie zaczynam od nowa, tym razem na Blogspocie(Bloggerze), tym razem z własnym logo i lepszym od poprzednich pomysłem na całość.
Przejdźmy zatem to spraw technicznych.
Posty w blogu będą na tyle rozbieżne tematycznie, że pomocna może się okazać nawigacja. Z prawej strony strony do dyspozycji masz zatem sześć działów, które ci poruszanie się po blogu powinny ułatwić.
Private - w tym dziale zajmę się sprawami, które mnie męczą i przejmują na co dzień i wypada na nie ponarzekać, czy poprzeklinać. Jeśli zatem jesteś kolegą z pracy ... lepiej tam nie zaglądaj.
Queer - Oficjalnie stosuje się skrót LGBTQIA, jednak jeśli mnie przynależność do owego LGBTQIA czegoś nauczyła, to przede wszystkim tego, że jeśli dasz czemuś kategorię, to zawsze znajdzie się coś co do tej kategorii nie pasuje. A to moi drodzy nazywa się "wykluczenie". Dlatego wolę używać równoległego słowa "Queer", które w moim rozumieniu zamyka w sobie każdą możliwą inność. I tego w tym dziale szukać należy. Jeśli jesteś zatem kolegą z pracy ... tam też lepiej nie zaglądaj.
Media - Że Misza słucha dziwnych rzeczy, to każdy wie. Tu je zatem odseparuję, by niechętni dział ominąć mogli. Wrzucać tu będę też i inne media, jak filmiki czy teksty, warte moim zdaniem zobaczenia, tudzież (bo może być i tak) moje własne.
Ludzie - Bo ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostki, a jest jednostka strukturą skomplikowaną.
Blog - Tu czasem coś o samym blogu wspomnę, sprawach technicznych czy innych tego typu. Poza tym podoba mi się idea posiadania na blogu informacji o blogu. Taka pętla myślowa może niejednego przyprawić o problemy natury psychicznej i w tym rzecz, bo każdy wie, że "normalny" znaczy "smutas, katolik, fanatyk, piłki nożnej fan i Radia Maryja słuchacz" a ci już dawno przekraczają liczebnie przynależny im limit na folklor w narodzie.
Inne - zapewne są rzeczy, które się w powyższych działach nie zmieszczą. Na nie właśnie jest ten dział tak sprytnie nazwany, by wszystko co nie mieści się w poprzednich mieściło się w nim, dzięki czemu unikamy problemu wykluczenia towarzyszącemu kategoryzacji.
Nie każdy wpis będzie oczywiście monotematyczny i przynależny wyłącznie jednemu z działów. Dzięki temu chcąc przeczytać coś co cię ciekawi przeczytasz też jednocześnie coś, co pewnie cię nie zaciekawi, a to proszę ja ciebie nazywa się marketing. A dziś jak wiemy bez marketingu się po prostu nie da.
Kolory działów nawiązują oczywiście do tęczy tworzącej całą gamę moich zainteresowań, ergo myśli mnie tworzących (znaczy się na mnie składających). Tęcza ta może kojarzyć się również z gejowską symboliką i jest to z twojej strony całkiem słuszne spostrzeżenie.
Życzę nam zatem owocnej współpracy, by blog ten i mi i tobie dostarczył trochę ciekawych myśli, a może i odrobiny radości.
Przejdźmy zatem to spraw technicznych.
Posty w blogu będą na tyle rozbieżne tematycznie, że pomocna może się okazać nawigacja. Z prawej strony strony do dyspozycji masz zatem sześć działów, które ci poruszanie się po blogu powinny ułatwić.
Private - w tym dziale zajmę się sprawami, które mnie męczą i przejmują na co dzień i wypada na nie ponarzekać, czy poprzeklinać. Jeśli zatem jesteś kolegą z pracy ... lepiej tam nie zaglądaj.
Queer - Oficjalnie stosuje się skrót LGBTQIA, jednak jeśli mnie przynależność do owego LGBTQIA czegoś nauczyła, to przede wszystkim tego, że jeśli dasz czemuś kategorię, to zawsze znajdzie się coś co do tej kategorii nie pasuje. A to moi drodzy nazywa się "wykluczenie". Dlatego wolę używać równoległego słowa "Queer", które w moim rozumieniu zamyka w sobie każdą możliwą inność. I tego w tym dziale szukać należy. Jeśli jesteś zatem kolegą z pracy ... tam też lepiej nie zaglądaj.
Media - Że Misza słucha dziwnych rzeczy, to każdy wie. Tu je zatem odseparuję, by niechętni dział ominąć mogli. Wrzucać tu będę też i inne media, jak filmiki czy teksty, warte moim zdaniem zobaczenia, tudzież (bo może być i tak) moje własne.
Ludzie - Bo ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostki, a jest jednostka strukturą skomplikowaną.
Blog - Tu czasem coś o samym blogu wspomnę, sprawach technicznych czy innych tego typu. Poza tym podoba mi się idea posiadania na blogu informacji o blogu. Taka pętla myślowa może niejednego przyprawić o problemy natury psychicznej i w tym rzecz, bo każdy wie, że "normalny" znaczy "smutas, katolik, fanatyk, piłki nożnej fan i Radia Maryja słuchacz" a ci już dawno przekraczają liczebnie przynależny im limit na folklor w narodzie.
Inne - zapewne są rzeczy, które się w powyższych działach nie zmieszczą. Na nie właśnie jest ten dział tak sprytnie nazwany, by wszystko co nie mieści się w poprzednich mieściło się w nim, dzięki czemu unikamy problemu wykluczenia towarzyszącemu kategoryzacji.
Nie każdy wpis będzie oczywiście monotematyczny i przynależny wyłącznie jednemu z działów. Dzięki temu chcąc przeczytać coś co cię ciekawi przeczytasz też jednocześnie coś, co pewnie cię nie zaciekawi, a to proszę ja ciebie nazywa się marketing. A dziś jak wiemy bez marketingu się po prostu nie da.
Kolory działów nawiązują oczywiście do tęczy tworzącej całą gamę moich zainteresowań, ergo myśli mnie tworzących (znaczy się na mnie składających). Tęcza ta może kojarzyć się również z gejowską symboliką i jest to z twojej strony całkiem słuszne spostrzeżenie.
Życzę nam zatem owocnej współpracy, by blog ten i mi i tobie dostarczył trochę ciekawych myśli, a może i odrobiny radości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
